wtorek, 3 lutego 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a

Punkt pierwszy: Dobrze się zamaskować.
Moje ubranie było całe w szarym pyle i na dodatek cuchnęła magią oraz stęchlizną. Gdy tylko dojechałam do domu, wykąpałam się i przebrałam w normalne ubrania: czarne spodnie, bluzka i buty w kolorze indygo, a do tego ciemnoróżowa szminka i czarne włosy zaplecione w kłosa. Byłam gotowa do wyjścia z domu, a to wszystko zajęło mi tylko dziesięć minut. Byłam pewna, że za kolejne dziesięć zjawią się tu Vlad i reszta, a na razie ich nie potrzebowałam. Wyszłam, więc z domu i wsiadłam do McLarena.
Punkt drugi: Przyczaić się na ofiarę w gęstej trawie.
Zaparkowałam przed wejściem do Instytutu, w którym pracowałam. Założyłam ciemne okulary i schyliłam się, starając się unikać czyichś ciekawskich spojrzeń. Dojechanie tam zajęło mi około dziesięciu minut, więc byłam pewna, że wszyscy przeszukują teraz mój dom. Miałam wszystko dokładnie obliczone i zorganizowane. Nie myliłam się. Dokładnie o dwudziestej przed budynkiem zaparkował czarny van i wysiadł z niego Nathaniel Jones - wampirzy znawca magii i łącznik z czarownikami.
Punkt trzeci: Zaatakować.
Wysiadłam z samochodu z głośnym trzaskiem, co natychmiast przykuło jego uwagę. Odwrócił się lekko zdziwiony, ale natychmiast, gdy mnie rozpoznał - obdarzył szarmanckim uśmiechem. Kiedyś spędziliśmy razem noc i było widać, że to mu nie wystarczało. Usilnie starał się mnie namówić na randkę. Teraz mogłam to wykorzystać.
Zachowuj się normalnie, Katherine - powiedziałam sobie. - Potrafisz. Jesteś świetną aktorką. 
Oczywiście się nie denerwowałam, ponieważ nie potrafiłam, ale miałam pewien problem z okazaniem nawet sztucznych emocji. Szczególnie do kogoś, kto niezbyt mnie obchodził w "wcześniejszym nie-życiu".
- Katherine - obejrzał mnie od stóp do głów, a wyraźnie spodobało mu się to, co zobaczył. - Przyznam, że wyglądasz dziś olśniewająco. Od kiedy nosisz spodnie? Zawsze wolałem cię oglądać w krótkiej spódniczce.
Odpowiedziałam uśmiechem, który wiele obiecywał i położyłam mu rękę na piersi, delikatnie gładząc jego krawat.
- W to nie wątpię, konfetka* - zamruczałam. - Musisz iść do pracy? Może wstąpilibyśmy do ciebie?
- Skarbie, cóż to za zmiana? - uniósł brew, a gdy wydęłam usta, natychmiast spanikował, że znowu będę mieć go w dupie i odejdę. - Ale to nie ważne. Chodźmy do mnie.
Wziął mnie za rękę i zaczął nas prowadzić do swojego vana, gdy nagle usłyszałam głos, którego tak bardzo nie chciałam usłyszeć:
- Aristow, ty podła, bezduszna kobieto, zostaw tego nieszczęśnika w spokoju i porozmawiaj z nami.
Odwróciłam się i beznamiętnie spojrzałam w czarne oczy Vlada Tepesa. Zmarszczył brwi na widok mojego wyrazu twarzy. Znał mnie bardzo dobrze (a przynajmniej wcześniejszą mnie) i pewnie spodziewał się jakiegoś wybuchu gniewu. Tyle, że teraz nie potrafiłam buchnąć gniewem.
- Tepes, czyżbyś nie miał jakichś ważniejszych spraw do załatwienia? - mój wzrok przeniósł się na Jev'a i stojącą obok niego Shevy, która wręcz promieniowała radością, nie zwracając uwagi na to, że miałam zamiar pozbawić ją życia. - A ty? Masz swoją dzikuskę. Czegóż tu więcej do szczęścia potrzeba nic miłości? - westchnęłam i spojrzałam na nich ze sztucznym współczuciem. - Ach, tak. Miłość to piękne uczucie. Wielka szkoda, że więcej nie będziecie mogli jej okazać. Pewnie rozumiecie, że po tym, jak mi perfidnie przeszkodziliście dotrzeć do celu - będę musiała was zabić.

Jev?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz