Pierwsze zagotowała się we mnie krew.
Zamiast potu wystąpiła na czoło, spływając coraz większymi strugami.
Zamiast łez, wylewała się z oczu nieprzerwanym strumieniem.
I z nosa.
I z ust. Dławiłem się nią, a czas został zastąpiony przez studnie udręki.
- Prze-st-ch...-a-ń - wybełkotałem pomiędzy kolejnymi wytryskami krwi z gardła.
- Och, to tylko... - zamyślił się - krew twoich ofiar. A pamiętasz, że było ich bardzo dużo... - znów się zaśmiał i stał nade mną dumnie wyprostowany, chłonąc siłę, którą ze mnie wyperswadował.
- A teraz koniec. - zapowiedział i faktycznie krwotok ustał. - Musimy dokończyć zabawę w New Caney. - wyraził się o moim domu tak lekceważąco, że aż - na ironię - zawrzała we mnie krew. O ile jeszcze coś we mnie zostało. Pochylił się i podał mi nieskazitelnie białą lnianą chusteczkę. - Troszkę się ubrudziłeś.
Prychnąłem i o dziwo nie zachłysnąłem się resztkami krwi stojącymi w moim gardle.
Wytarłem twarz i rzuciłem przekrawioną do suchej nitki chusteczkę między gałęzie jakiegoś drzewa.
Spostrzegłem, że moja koszula uległa poplamieniu i przez chwilę zająłem się umartwianiem tylko i wyłącznie tym.
Ale nie mogłem teraz martwić się koszulą (to był drogi materiał!), bo miałem zostać panem Piekieł?
- Dokładnie twoim zadaniem będzie podzielenie istot u kresu i w obliczu i decyzja czy zabierasz ich ze sobą czy zostawiasz w Rzeczywistości.
W głowie roiło mi się tysiące pytań, więc przetrawiałem na razie jego słowa by za chwilę zasypać nimi tego gnojka.
- Istot?
- Ludzie nie wchodzą w grę. Do tej pory to ja rządziłem nadnaturalnym życiem. Teraz przechodzi do na ciebie.
- Dlaczego powierzasz mi tak wielką odpowiedzialność? Przecież to wszystko może się zawalić, ta cała harmonia...
- Jaka harmonia? - mruknął - Dawno jej nie ma. Zasady się gdzieś zgubiły. Panuje tu chaos.
- Nie ułatwiasz mi tego. - zarzuciłem mu. Usiadłem na trawie choć Iluzjonista brnął dalej przez wysoką trawę.
Siedząc przypatrywałem się jego oddalającej sylwetce i zacząłem się zastanawiać czy mógłbym mu uciec? A jeśli tak to dokąd?
- Ode mnie nie ma ucieczki! - zakrzyknął i nawet nie raczył odwrócić głowy. Czyżby czytał w moich myślach? Też miałem tą umiejętność, ale on posiadał zbyt ogromną barierę bym mógł ją przebić. Poczułem, że znów krwawię tylko nie do końca wiem skąd. Zamrugałem kilka razy.
Drań swą mocą przeniósł mnie, nawet nie skupiając się na mojej osobie.
Czyżby był czarownikiem?
- Idź za mną, jeśli nie masz zamiaru poczuć krwi w nozdrzach, uszach, oczach i łbie! - polecił i burknął pod nosem coś niezrozumiałego.
- Gdzie miałbym ich zabierać? - wróciłem do dowiadywania się więcej o moim zawodzie, na wypadek gdybym był już na straconej pozycji.
- Na Drugą Stronę. - odpowiedział krótko, tak jakby nie miał już nic do opowiedzenia.
- A konkretniej?
- Inny wymiar. Tych, których postanowisz wziąć ze sobą, przejdą przez portal - uśmiechnął się znacząco i nie miałem pojęcia czemu, ale wynalazłem kiepską ripostę, więc usiłowałem jakoś obrócić to w żart i może uratować swój żałosny tyłek.
- Wiesz, że to brzmi jak jakiś kiepski sience-fiction? - podsunąłem - Nie piszę się na to.
- Zapisałeś się na to wiek temu. Ponadto twierdząc, że przyszłość nie jest ci dana, zapisałeś na narzeczoną i dziecko testament.
- JAKI TESTAMENT?! - ryknąłem wytrącony z równowagi. Mogłem mu pozwolić na obrażanie mnie, torturowanie ale mówienie o krzywdzie osób, które kochałem ponad życie było stanowczym przejściem przez wytyczone granice.
- Życia i śmierci. Teraz wszystko w Twoich rękach. Albo przyjmujesz to co ci oferuję...
- Raczej zmuszasz. - burknąłem, a on zaskoczony, że mu się przerywa magicznie chwycił mnie za gardło i podciągnął do góry, tak, że zawisłem ponad drzewem na którym wylądowała wcześniej wspomniana zakrwawiona chusteczka.
- ...albo - rzucił mi wymowne spojrzenie patrząc w górę - twoje ukochane osoby giną. Najokrutniejszą śmiercią. Powolne, męczarnie, katusze. - przeciągał melodramatycznie wyrazy, a przed oczyma ujrzałem Katherine dławiącą się krwią, wodą, podpalaną, jej przedziurawione ciało ostrymi kawałkami drewna...Te obrazy były koszmarne. I dziecko. To samo z dzieckiem.
- Dosyć! - krzyknąłem i chwyciłem się za głowę. To on podsyłał mi te obrazy - Zgadzam się. - orzekłem i natychmiastowo poczułem coś gorszego niż topienie się w przeklętej udręce - odczułem stratę.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz