Spojrzałem na jego dłonie. Wyglądały normalnie, jak u zwykłego człowieka.
Gdy ujrzał, że przyglądam się jego rękom powiódł za moim nienawistnym wzrokiem i uśmiechnął się szyderczo.
- To wszystko to iluzja, Jeffy. Władam twoim umysłem. Nie jesteśmy w starym New Caney. - zaśmiał się powtórnie i nałożył na garbaty nos ciemne okulary. - Tak łatwo cię oszukać.
Zacisnąłem ręce w pięści. Miałem ochotę po prostu go zabić.
- Ale niedługo ty będziesz to miał. - przypomniał mi. Na jakiś czas poczułem coś w rodzaju satysfakcji. Moc. Moc, której nigdy nie miałem.
- Czujesz to? - mruknął znudzony. - Przechodzi do ciebie.
Krew, którą straciłem w wyniku eksplozji jakby zregenerowała się. Poczułem się pewniej. Byłem silniejszy.
- Nie będe już wampirem? - zapytałem
- Albo rybki albo akwarium. - skwitował i pokręcił przecząco głową - Będziesz kimś więcej niż istotą nocy, wysysającą niewinną ludzką krew.
- Więc jak będę uzyskiwał...energię?
- Z egzystencji swojej armii. - machnął lekceważąco dłonią, a ja zrozumiałem, że nie może mi to umknąć.
- Armia jest posłuszna?
- A jak myślisz? Banda nienawistnych, pałających rządzą zemsty potworów będzie posłuszna tylko wtedy gdy należycie ją wychowasz.
- To nie łatwe zadanie. - odgadłem, mówiąc raczej do siebie.
Nie odpowiedział, ale uznałem to za 'tak', choć bardzo pragnąłem by było inaczej.
Przypomniałeś sobie o czymś tak ważnym i zaraz zganiłem się za to, że mogłem to postać w najdalsze zakamarki mojej pamięci. Jednak zajmowało dużo miejsca w moim sercu.
- A Katherine i moja córka?
- Oto się już nie martw. - odparł sucho, tonem niemal nieznoszącym sprzeciwu.
Na szczęście nie potrafiłem mu być uległy, skoro niedługo miałem się stać potężniejszy nawet od niego.
- Wrócisz w moim ciele, a ona o niczym nie wie!
W jego oczach (nawet przez okulary przeciwsłoneczne) dostrzegłem miniaturowe błyskawice. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, a ja czując narastające uczucie siły, podrzuciłem ręce do góry i wypowiedziałem słowa całkowicie mi dotąd obce.
Zgiął się w pół i zaryczał żałośnie.
Teraz to na moją twarz wystąpił uśmiech.
Powoli widziałem jak kulący się na ziemi Iluzjonista, którym już praktycznie nie był zyskuje moje ciało. A ja je tracę.
Wkrótce zostałem tylko nikłą duszą z brązowymi oczyma przepełnionymi mieszanymi uczuciami strachu, bólu i radości.
Zniknął. Tak samo jak New Caney. A ja stałem w tym samym miejscu - nad rzeką - co sprzed kilku dni.
- Londynie. - powiedziałem - Szykuj się na ostrą jazdę. - machinalnym gestem chciałem poprawić włosy, zawsze odstające na wszystkie strony. Ale już ich nie miałem. Nie miałem nic.
Rozpoczynałem swoją historię na nowo.
W głowie słyszałem przeróżne dźwięki, które niekoniecznie układały się w całość. Były wskazówkami, które miałem odkryć i zrozumieć w swoim czasie.
Snując się po ulicach w centrum Londynu zaobserwowałem, że
ludzie wcale na mnie nie reagują, ale nadnaturalne stworzenia - wampiry, których liczba zdecydowanie przeważała od liczby czarownic - kręcą niezdecydowane nosem.
Póki nie odnajdę odpowiedniego ciała - takiego, które przypadnie mi do gustu - nie będą mnie widzieć.
Gdy znajdę ciało, a oczywiście przed tym pozbawię życia jakiegoś mężczyzny, będą mogli mnie tylko widzieć. Wyczuwać tajemniczą aurę.
Ale nie zdemaskować. Oczywiście, chyba, że sam tego zapragnę.
Nie miałem pojęcia skąd wiem tyle rzeczy, ale po prostu byłem ich stuprocentowo pewien, nie podlegały wątpliwościom i dyskusji. Może w takiej istocie jak ja zostały już zaszczepione?
Po dokładnych i bardzo długich oględzinach wybrałem sobie istotę, której chciałem odebrać ciało.
Nie przypominało ani trochę mojego dawnego. Tak czy tak, w ogóle mnie to nie obchodziło i nie zależało mi na sentymencie w takiej postaci.
Był wysoki, dobrze zbudowany, miał brązowe włosy, twardą szczękę, niebieskie oczy i niezbyt ciemną karnację.
Zabiłem go...nie, ja go nie zabiłem. Zauroczyłem go i zmusiłem by wbił sobie kołek w pierś.
Jego ostatni oddech był moich pierwszym.
miejsca gdzie powinno być serce. Rzecz jasna nie miałem go. Po drodze, zmusiłem kilku przechodniów do oddania mi swoich ubrań.
Skończyłem w ciemnym garniturze i eleganckich butach.
Lustrując się wzrokiem w szybkie pewnego butiku stwierdziłem, że moje oczy nie zmieniły koloru. Były ciemno brązowe, wpadające w odcień czekolady, ale dość już tych bzdur,
Pora na załatwienie kilku spraw.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz