Tym razem uczuciem, które towarzyszyło mi przy przebudzeniu, było zażenowanie. Jak mogłam pozwolić sobie na coś takiego? Zachowałam się jak zwierze, które nie jadło nic od tygodnia. A może wampiry właśnie tym były? Nic niewartymi zwierzętami, które zabijają wszystko, co się rusza. Po co powstaliśmy? By mordować i niszczyć wszystko, co stanie na naszej drodze? Jaki był sens naszego marnego istnienia? Otóż to. W wampirach nie było żadnego sensu.
Na samą tą myśl poczułam niewyobrażalny gniew, który zaskoczył mnie samą. Fakt jest faktem, lecz od dawna o tym wiedziałam. Dlaczego właśnie teraz miałam ochotę za to zabić?
Ach, tak. Dzień szósty. Gniew.
Cudownie.
Tego dnia irytowało mnie wszystko. Od kiepskiego zakończenia filmu do faktu, iż już jutro umrę. Wzdychałam raz po raz, wciągając powietrze mojego własnego gniewu. Był to zapach ostry i jednocześnie gorzki. Tak okropny, że złościłam się na tą myśl.
Ale dzisiaj złościłam się na wszystko.
Christopher zadzwonił około dwunastej, a ja krzyknęłam na niego przez telefon, żeby nie zawracał mi głowy. Cicho odparł, że rozumie i mnie kocha, a następnie się rozłączył. Normalnie poczułabym lekkie poczucie winy, za to, że tak go potraktowałam. Tym razem jednak nie było o tym mowy. Złościłam się nawet za to, że nie potrafię poczuć tego żalu i przeprosić.
Raz po raz zaciskałam pięści, wiedząc, że już tak długo nie wytrzymam. Musiałam wyjść na ulicę, chwycić jakiegoś śmiertelnika i przydusić go do ściany, na oczach kilkunastu światków. Pragnęłam zemsty za mój gniew i złościłam się, że jej pragnęłam. To było nie do wytrzymania. Musiałam kogoś zabić.
Wyszłam z domu przed trzecią. Przygryzając mocno wargę, by nie krzyczeć ze złości, udałam się w kierunku jakiejś ciemnej uliczki. Nie chciałam zabijać ludzi na oczach innych.
- Proszę pana! - krzyknęłam w stronę losowego przechodnia. Jasnowłosy mężczyzna odwrócił się w moją stronę z lekką irytacją wypisaną na twarzy, lecz gdy mnie zobaczył, jego twarz rozpogodził uśmiech. Oczywiście mnie to zdenerwowało. - Mógłby pan tu podejść na chwilkę? - wycofałam się jeszcze głębiej w ciemność. Chciałam być na tyle daleko, by nikt nie usłyszał jego krzyku.
Nic nie podejrzewający śmiertelnik, ruszył w moją stronę, uśmiechając się szelmowsko. Najwyraźniej liczył na jakiś szybki numerek w ciemnościach. Natychmiast zauważyłam na jego palcu serdecznym nieopalony okrąg. Pierścionek najwyraźniej zdjął. To oznacza nieudane małżeństwo.
- W czym mogę pomóc? - zapytał, zbliżając się do mnie bliżej, niż normalny nieznajomy do normalnego nieznajomego. - Doprawdy. Zrobiła mi pani miłą niespodziankę.
- Nie wątpię - uśmiechnęłam się sztucznie.
Pomyślałam o jego nieudanym małżeństwie. Może żona jeszcze go kochała? A i on może coś do niej jeszcze czuł? Może miał dzieci? Rodzinę? Natychmiast się na siebie wściekłam za takie myślenie. Nie teraz przyszło mi zastanawiać się nad konsekwencjami mojego czynu. I choć byłam za to na siebie wściekła, wiedziałam, że to dla większego dobra. Mojego dobra, podpowiedziała moja arogancka część.
- Przepraszam za to, co teraz zrobię - powiedziałam szybko, a on zdążył tylko rzucić w moją stronę pytające spojrzenie i otworzyć usta, z których już nie miało paść nigdy żadne słowo. Natychmiast wgryzłam się w jego szyję, a on wydał przeciągły jęk i cicho krzyknął. Jednak nie miał szans zbyt długo stękać, ponieważ rozgryzłam mu tętnicę. Odsunęłam się, cała w jego krwi. - Naprawdę przepraszam.
I przedostatni dzień mojego życia się skończył.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz