Po chwili jednak zauważyłem co chciał przekazać tym nieznacznym gestem. Pod rękawami powinny być ręce, to oczywiste. Ale on ich nie miał. Ściągnął też czarne rękawiczki. Ani dłoni, ani palców. - Jednak musimy to zaliczyć. - kontynuował niewzruszony moim zdziwieniem. Stałem przed nim tępo i wpatrywałem się w niego jak sroka w gnat.
- Nie masz ciała. - powiedziałem tylko.
Spojrzał na mnie przelotnie i zaśmiał się pogardliwie.
- Oczywiście, że nie jestem częścią materii. - odparł jakby to było takie logiczne. Cóż, przynajmniej nie dla mnie. - Ale już niedługo. - ściągnął okulary i wpatrywał się we mnie czarnymi jak węgiel oczyma.
Przetarł twarz, z której zleciały okruchy czegoś podobnego do zaschniętego pudru, kremu czy innego przetworu, którego zwykły używać kobiety.
Nic.
Miał tylko oczy.
- Stwierdzenie, że oczy są zwierciadłem duszy jest tak trafne, że pozwolisz, że ulegnę pokusie śmiechu. - oznajmił i zgodnie ze słowami w moich uszach rozbrzmiał jego złowieszczy śmiech. Tłukł się w mojej głowie niczym dzwony kościelne. Apro'po - też je słyszałem.
Czułem, że ta istota, kimkolwiek jest - posiada ogromną moc władania czyimś umysłem. A on właśnie mieszał mi w głowie.
- Przestań - warknąłem
- Och - jęknął - Zapomniałem się nieco. - powiedział beztrosko. - Więc domniemywam, że już znasz haczyk naszej umowy.
- Nie możesz wymagać ode mnie wywiązania się z czegoś co zawiązałem wiek temu! - wzburzyłem się.
- Ależ oczywiście, że mogę. - skwitował nadal nieporuszony moją wściekłością. - Taka natura umów.
Zrozumiałem, że już nie mogę wyjść z tego bagna. Mimo, że nie mógł się zaliczyć do moich sojuszników, był jedyną osobą, która pomogłaby mi powrócić do rzeczywistości. Musiałem zniżyć łeb i go posłuchać.
- Nie masz ciała. - powtórzyłem próbując sobie to jakoś przetworzyć i usprawiedliwić. Ale nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Swoją drogą - wręcz pękała od nadmiernego myślenia i bez wątpienia mogłem stwierdzić, że Iluzjonista maczał w tym swoje niematerialne palce. - Na początku mówiłeś, że w zamian za uzyskanie odpowiedzi o nurtującej mnie przeszłości, będę musiał ci coś oddać... - i właśnie teraz wszystkie elementy zawiłej układanki ułożyły się w kompletną całość. Przełknąłem głośno ślinę.
- Twoja dusza potrzebuje ciała... - zacząłem, ale urwałem niezdolny ukończyć wypowiedzi.
- Och, Jeffy, jesteś taki spostrzegawczy. - skwitował. W jego oczach czaiła dzikość. Były nieco odległe, więc zgadłem, że aktualnie jest w świecie wyobraźni.
- W takim razie, co ze mną? - zapytałem choć naprawdę bałem się usłyszeć odpowiedzi. Czyżbym nie mógł powrócić do Katherine i dziecka?
Spojrzał na mnie zaskoczony, wyrwany z transu. Dopiero po chwili padła odpowiedź.
- Ach - westchnął głęboko wciągając powietrze. Zastanawiałem się do czego je wciąga... - Jestem przeklęty. Od niepamiętnego czasu.
- Dlaczego?
- Powiedzmy, że rodzina może przysłużyć się do twojej zguby bardziej niż najwięksi wrogowie. - powiedział cicho, prawie niedosłyszalnie, jakby mówienie o tym sprawiało mu niemały ból, ale zaraz po tym jego głos przybrał o wiele groźniejszy ton. - A ty będziesz moją przepustką do Rzeczywistości. - ostatnie słowo wymówił z czcią, akcentując dokładnie każdą literkę.
- Przepustką? - powtórzyłem domagając się jaśniejszego przedstawienia sprawy. - Kim będę?!
- Czy rola pana życia i śmierci ci odpowiada? - zapytał retorycznie. - Zbytniego wyboru nie masz.
Obnażyłem kły.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz