- Witaj z powrotem - przywitałem ją uroczyście, mierzwiąc jej czarne włosy, z atramentowymi prześwitami, które zawsze odbierałem jako jej starość, to znaczy mijające wieki. Niewątpliwie, była dużo starsza ode mnie, a wbrew pozorom nie ja nadałem jej to imię. Zawsze głowiłem się jak brzmi jej pełne imię, być może z nazwiskiem czy rodem, a choć mieliśmy więź myślową - zdolność do przesyłania myśli i wnikania w ich głąb - nigdy mi tego nie wyjawiła i wznosiła umysłową blokadę. To nie był zwykły koń, choć nigdy nie gardziła jabłkami czy owsem. Oczywiście, wszystko to musiało być jak najlepszej klasy.
Pojechaliśmy na przejażdżkę. Gdy zwinnie wskoczyłem na jej grzbiet, ona parsknęła, wyczuwając nacisk na plecach. Dokładnie nie wiem ile mogłem ważyć, bo nigdy nie stawałem na wadzę, to było coś jak - nigdy nie tańczyłem z Madonną, w jej łazience. Tak więc, to się zaliczało do rzeczy, o których nigdy specjalnie nie myślałem. Chociaż, taniec z tą blondyną, nie należał do najgorszych pomysłów, które zaraz po wyniknięciu, trafiają do mentalnego śmietnika.
Popędziła galopem na zachód, kierując się w stronę lasu. Podczas drogi "wypytywała" mnie o różnego szczegóły mojego życia, jak i to czy tańczyłem z Madonną gdziekolwiek, oprócz jej łazienki. Uśmiechnąłem się tylko szelmowsko, a ona znów parsknęła, jakby to miało wyrażać jej chichot.
Gdy zabierała mnie na swój grzbiet, zwykłem tracić poczucie czasu, a przestrzeń wydawała się bardziej bliższa. Przeciwności nie istniały.
Nie spostrzegłem nawet, kiedy dotarliśmy pod dom Katherine. Oburzyłem się, wykorzystała drogę, o której nie miałem wcześniej pojęcia żeby zawieźć mnie tutaj.
- To jakaś babska zmowa? - uniosłem brew, tym razem prychając, a raczej usiłując wydać odgłos, niezwykle podobny do jej prychnięcia. Próbując, wyszedłem jednak na niezwykłego kretyna.
Powiadam wam, cisnąłbym w nią czymś, jeżeli miałbym jakąś rzecz pod ręką. Wiedziałem, że muszę ponownie się tu zjawić, bo w tym domu jest moja córka, oraz z pomocą Katherine mogę rozwikłać zagadkowy list, ale w tym momencie, byłem całkowicie zniechęcony do każdego z tych obowiązków. Xana zawsze była moją wolnością, oderwaniem się od przykrej rzeczywistości, a na chwile obecną, gdy wszystko było obrócone o 360 stopni, wydawała się jedynie przypomnieniem o tym co kiedyś miałem. Na ironię losu - nigdy tego nie doceniałem.
Naciskając leniwie dzwonek do drzwi, mierzyłem oddaloną o dwa kilometry Xanę, spojrzeniem, które ciskało gromy. Otworzył mi nikt inny - choć składałem głośne modły - a pani Freydez.
- Kogoż ja tu widzę. - mruknęła z wyraźnym niesmakiem w głosie, dość dźwięcznym i czystym głosem, nawet na jej wiek. Dawałem jej koło osiemdziesiątki - możliwe, że z nienawiści podwyższałem jej wiek, ale nie miało to zbyt większego znaczenia.
- Trzy wieczny wampir, który z łatwością może - przyłożyłem dwa palce do swojej tętnicy, a raczej miejsca, gdzie trzysta dziewięć lat temu się znajdowała, i przejeżdżając po szyi, wywróciłem oczy do góry, tak by białka były uwydatnione i wystawiłem język na styl "Zdechły pies". - zrobić TO, pewnej niewygodnej gosposi. Może ją znasz?
- Mogę cię również nie wpuścić. - sprawnie zignorowała moją groźbę.
- A co z odpłatą? - nie sądziłem nigdy, że mogłaby wyjawić Katherine ten układ. Był pokryty grubymi warstwami kurzu. Około czterdziestu lat. Przypomniałem sobie, że zawarliśmy go, gdy miała nie więcej jak siedemnaście, więc nie mogła sięgać osiemdziesięciu teraz. Ach, mam wyprany mózg.
- Właź. - burknęła i oddaliła się szybkim krokiem, przy tym wyprostowana jak struna.
Lizcośtamcośtamcośtamcośtam zawsze zadzierała nosa. Jej imię było tak długie, że nawet ja nie potrafiłem go wypowiedzieć, bez przekręcenia sobie języka.
Nie czekałem długo by się oddaliła, po prostu podążyłem za nią, równie dumnym krokiem.
Kath pojawiła się znikąd i odprawiła krótko nazywaną przeze mnie Liz............................. znaną jako Panią Freydez.
Zaprosiła mnie do salonu, gdzie na wysokim szklanym stole, było umieszczone kilka stosów ksiąg.
- Język Bliskiego Wschodu. - powiedziałem po przeczytaniu tytułu jednego ze słowników, leżących grupką obok ksiąg ,zawierających symbolikę czy alfabet aramejski. - Nie poznałem. Kiedyś uczyłem się arabskiego i hebrajskiego.
- No i?
- To pokrewne sobie języki, należą do grupy semickiej. Mam znajomą w Iranie.
- Znajomą? - znikąd pojawiła się pani Freydez, niosąca zestaw do parzenia herbaty. Nie byłem Anglikiem, ale łatwo przejąłem ten zwyczaj. - Akurat. - dodała z powątpieniem
Kath przewróciła oczami i mruknęła:
- Ona cię nienawidzi.
- Nie ona jedyna. - powiedziałem lekko, w duchu czując ciężar.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz