poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Od Katherine - CD historii Jev'a



Usiedliśmy przy stole w salonie i już po chwili zatopiliśmy się w kartkowaniu tajemniczych ksiąg, o których istnieniu do niedawna nie miałam pojęcia. Szczerze mówiąc, to schodząc do piwnicy, miałam raczej złudne nadzieje, że tego typu lektury odnajdą się w moim skarbcu. A jednak. Czasami zadziwiałam samą siebie różnymi dziwnymi artefaktami, które gromadziłam tam przez lata. Większość już dawno zniknęła z mojej pamięci, jednakże wiele z nich było na tyle ważnych i na tyle wyjątkowych, żebym każdego dnia z przerażaniem myślała o tym, co istnieje pod moimi nogami.
- Chcesz kawy? – zapytałam, jednak tylko po to, by przerwać napiętą ciszę. Już od jakiegoś czasu milczeliśmy, a ja co chwila zerkałam na Jev’a, zastanawiając się, co siedzi w jego głowie. Interesowało mnie, jak przeżywa tą całą sytuację.
Wzruszył ramionami, co uznałam za potwierdzenie.
- Pani Freydez! – krzyknęłam. Zwykle kobieta pojawiała się dosyć sprawnie, jednak tym razem nie usłyszałem jej butów uderzających o podłogę. W ogóle nie wyczułam śladu jej obecności gdzieś w pobliżu, chociaż doskonale wiedziałam, że jest w domu. Wstałam z krzesła i podeszłam do drzwi na korytarz, wyglądając za nie. – Pani Freydez!
- Idę, już idę. Matko kochana, nawet nie dadzą mi tutaj chwili spokoju. – Usłyszałam, jak mruczy i już po chwili wyszła zza zakrętu. – Dzwonił Henry. Nasza wnuczka miała wypadek.
Uniosłam brwi. Nie dlatego, iż pani Freydez nie wydała się tym, ani trochę zmartwiona, lecz raczej wściekła, ale też dlatego, iż istnienie owej wnuczki było mi całkowicie nieznane.
- To ty i pan Freydez macie wnuczkę? Wy w ogóle macie dzieci?
- Naprawdę? – prychnęła. – Elwyn była tu w zeszłym miesiącu. Dorabiała, zajmując się Vivienne.
- Ach, myślałam, że to była jakaś nastolatka, którą odnalazłaś w przybytku dla osób obłąkanych. – Parsknęłam złośliwym śmiechem, kobieta trzasnęła mnie ścierką w ramię. – Wybacz, musiałam to powiedzieć. Tak czy inaczej, coś jej się stało?
Pani Freydez wzruszyła ramionami.
- Chyba nie, ale z tego, co wiem, jest nieco poobijana. Podobno twierdzi, że spadła ze schodów, ale ja wiem swoje. Ten nikczemnik, mąż mojej córki… Jestem pewna, że je bije.
- Znam dobrego prawnika. Kiedy rozwiążemy tą sprawę – tu wskazałam na książki za mną i na Jev’a, który jak dotąd w ogóle nie zwracał na nas uwagi – postaram się ci pomóc.
Odetchnęła lekko.
- Byłabym ci wdzięczna.
- Wiem, a teraz zrób nam kawy – skinęłam jej w stronę głową, a ona poszła do kuchni, nie komentując mojego braku kultury. Najwyraźniej bała się, że zmienię zdanie. Ale nawet jeśli byłabym na nią naprawdę wściekła, wiele dla mnie zrobiła. Zawsze chętnie bym jej pomogła.
- Masz coś? – mruknęłam, siadając naprzeciwko Jev’a.
- Nie – westchnął z irytacją, rzucając ogromną księgę na blat, który naturalnie był szklany, więc prawie natychmiast pobił się od uderzenia.
Odłamki wybuchły we wszystkie strony, a my gwałtownie odskoczyliśmy.
- Jev! – krzyknęłam oskarżycielsko. – Cudownie, kolejny raz niszczysz moje rzeczy. Najpierw dywan, a teraz to. W ogóle nad sobą nie panujesz!
- Och, daj mi spokój! – syknął. – Nie wszyscy mają takie poukładane życie, jak ty!
- Myślisz, że mam poukładane życie? – parsknęłam niedowierzającym śmiechem. – To żałosne. Nawet nie wiesz, jak bardzo mam przesrane.
- Ciekawe. To nie tobie zaginęła przyjaciółka. To nie ty odnalazłaś jej dziecko martwe w twoim własnym domu!
- Naprawdę o to chodzi? O takie błahostki?
Spojrzał na mnie niedowierzająco, wyrzucając ręce do góry.
- To naprawdę dla ciebie są błahostki!? Śmierć dziecka jest niczym ważnym!? A, no tak. Zapomniałem przecież, że rozmawiam z Katherine Aristow, która pewnie robiła już gorsze rzeczy!
Wypuściłam gwałtownie powietrze przez zęby, cała się w środku gotując.
- Dlaczego ja ci w ogóle pomagam? – niemal warknęłam, odwracając się od niego i odchodząc kilka kroków. Zacisnęłam ramiona splecione na klatce piersiowej, odwracając się przy tym.
- Nie mam pojęcia – odpowiedział tym samym tonem, wychodząc z pokoju.
Odczekałam parę sekund, aż wreszcie go nie widziałam, chociaż czułam, że jeszcze nie wyszedł z mojego domu. Wtedy postanowiłam się odezwać.
- A te znaki… Oznaczają „ŚMIERĆ”.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz