Gdy byt przemienił się właściwie - w nic, zaledwie popiół, który można strząsnąć lekkim ruchem ręki i puścić wolno w przestrzeń, w której definitywnie zaginie - przełożyłem proch do pudełka na biżuterię, należącego do Kim. Oczywiście, była zbyt biedna by mogła w nim chować biżuterię, więc było praktycznie puste. Poza jednym - pierścionkiem z inicjałami "R. D & Kim". Przypuszczałem, że R.D musi być skrótem od imienia i nazwiska jej miłości, a Kim było jej imieniem, które zwyczajnie zmieściło się na małym okręgu.
Odłożyłem go na szafkę, obok telefonu stacjonarnego, których pełno było w moim domu, toteż gdy ktoś dzwonił, wszystkie odzywały się jazgotliwie.
Wykopałem dziurę w ogrodzie, gołymi rękoma - ponieważ zabrakło mi łopat czy jakichkolwiek przyrządów do wykopywania dziur. Cóż, nie często w moim domu ma miejsce morderstwo i potrzebuje zrobić cmenatrzyk dla zwłok.
Ostatnią łopatę, zostawiłem u Kath, kiedy to Xana postanowiła wyjeść wszystkie róże z ogrodu wampirzycy i w odwecie Kath kazała zasadzić nowe.
To były czasy.
Cała ceremonia kopania, zakopywania oraz stawiania niewielkiego pomnika na tyłach mojego sadu, zajęła mi mniej więcej półtorej godziny. Otarłem wierzchem dłoni pot z czoła, dokładnie w tym momencie, gdy przypomniałem sobie, że nie mam prawa się pocić, bo teoretycznie rzecz biorąc - jestem martwy. Spojrzałem w górę i zobaczyłem uśmiechnięty czarny pysk mojej klaczy.
Byłem zaskoczony, co oczywiście zostało przez nią zauważone i popatrzyła na mnie jakby chciała powiedzieć "Pomyślałeś o mnie. Nareszcie"
- A jednak mam przyjaciół.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz