Przez
jakiś czas po wyjściu Jev’a byłam zbyt wzburzona, by racjonalnie myśleć. Stałam
tylko, nawet nie drgając, i gapiłam się w księgi leżące na podłodze i
porozwalane przy nich szklane resztki stolika. Mimo złości, czułam się też
ogromnie zagubiona i zdezorientowana. Naprawdę pokłóciliśmy się tak ostro przez
głupi stolik od kawy? To było niedorzeczne.
Poczułam
jak gniew powoli ze mną wyparowuje. To tak, jakbym ponownie przeżywała dzień szóstego
grzechu głównego, który wywoływał u mnie raczej negatywne emocje. Tylko, że
teraz to było inne. Jakbym miała nad tym kontrolę, ale sama nie chciała
przestać się wściekać.
Odetchnęłam
parę razy. Nie dlatego, że tego potrzebowałam, ale po prostu pozwalało mi się
to zrelaksować. Albo raczej wyciszyć.
Po
paru sekundach usłyszałam kroki pani Freydez.
-
Coś się stało, kochanie? – Zobaczyłam ją jak patrzy na mnie ze zmartwioną miną.
Kiedy jednak ujrzała pobity stolik, szybko dodała dwa do dwóch. – A to łajdak –
burknęła, marszcząc brwi.
-
To był… Przypadek – mruknęłam cicho. – Potem… Właściwie nie wiem, co się stało.
Nie będę go usprawiedliwiać, ale to ja na niego naskoczyłam.
-
To nie ma znaczenia – fuknęła, machając dłonią w stronę miejsca małej
katastrofy. – Najgorsze jest i tak to, że jest bałagan. I kto go będzie musiał
posprzątać? Oczywiście, że ja!
-
Nie martw się. Mam taki sam pogląd na moje życie. – Uśmiechnęłam się lekko,
przechodząc obok. Poklepałam ją po ramieniu. – Plusem jest to, że nowy dywan w
salonie jest cały.
Byłam
już odwrócona, ale niemal poczułam jej skrzywienie.
-
Właściwie to nie jest. Wylałam rano przez przypadek kawę.
Odkaszlnęłam,
starając się ukryć śmiech i ruszyłam w kierunku mojego pokoju. Usłyszałam, jak
za mną pani Freydez cicho chichocze. Przez chwilę byłam rozbawiona, jednak im
szłam dalej, tym pozytywny odgłos coraz bardziej się oddalał. Wreszcie zostałam
sama z moimi myślami. Wtedy jednak zamykałam już drzwi do mojej sypialni.
Ostatnio
nie bywałam tu często, jednak dzięki temu, że moja gosposia była pracowita,
zawsze było tu czysto i nie było widać nawet smug kurzu. Usiadłam na łóżku,
ściskając ostrożnie pościel. Była wymieniana miliony razy i prana równie
często, a jednak kiedy skupiłam się, nadal mogłam tam poczuć lekki zapach Jev’a.
Coś ścisnęło mnie w brzuchu.
Matko
przenajświętsza, przecież to ja go zostawiłam. Sama kazałam mu dać sobie
spokój, podświadomie wierząc, że i tak zawsze będzie pragnął ze mną być. I
teraz co? Tylko się kłócimy, a jedynym powodem, dla którego w ogóle musi znosić
moje towarzystwo jest Vivienne. Nigdy nie czułam się tak odrzucona, chociaż
musiałam przyznać, że sobie na to zasłużyłam. Jakby nie było, nie robiłam nic,
co skłoniłoby go do zmiany decyzji.
Podświadomie
wstałam i wyszłam z pokoju, kierując się w stronę mojej równie wielkiej – a może
nawet większej – garderoby. Kiedy tylko weszłam do środka, uderzył mnie zapach świeżych
ubrań, co uświadomiło mi, że pani Freydez niedawno musiała robić pranie. One
jednak mnie nie interesowały i ruszyłam w stronę szafki z biżuterią, siadając
na krzesełko obok. Po kilku chwilach grzebania w przegródce z pierścionkami,
znalazłam to, czego szukałam.
Po
środku dłoni położyłam wspaniały pierścionek zaręczynowy o błyszczącym,
czerwonym diamencie. Jak mogłam kiedyś go tak nie doceniać? Nie mogłam się
powstrzymać i włożyłam go na palec serdeczny. Uniosłam moją dłoń, przyglądając
się jej uważnie i doszłam do wniosku, że z tym pierścionkiem wygląda naprawdę
ładnie.
Westchnęłam
jednak z żalem, ponieważ właściwie nie miałam już prawa go nosić. Tak więc po
chwili wylądował z powrotem w szafce, a ja oparłam brodę na dłoni, zastanawiając
się, jakim cudem udało mi się spieprzyć taki cudowny związek.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz