poniedziałek, 28 marca 2016

Od Jev'a - CD historii Katherine

- Nie powiedziałem, że to mi pasuje. - zacząłem próbując wybrnąć z oskarżenia.
- Ale nie robisz też nic co miałoby cię wybielić. - kontynuowała ubijanie mnie, mrucząc przy tym "It's  a Big World". Płacz stawał się coraz cichszy, aż w końcu jedynymi głosami, które wydawało dziecko stały się ciężki oddech i chrapanie - Ufff.
- Wiesz... - nim zacząłem mówić, Kim wyciągnęła rękę w geście zabraniającym mi wydania jakiegokolwiek słowa. Nie chcąc narażać swoich bębenków na uszkodzenie, które najpewniej szybko się zregenerowało (lub też nie nastąpiło, co jest bardziej prawdopodobne), ucichłem i ja.

Znużyło mnie leżenie, jakkolwiek absurdalnie może to brzmieć, więc poszedłem do ogrodu, jednak tam nie spodobało mi się wystarczająco bym mógł opaść na ławkę. Zamiast tego sprawdziłem skrzynkę. Była pusta, jednak w tej samej chwili pojawił się listonosz, kompletnie nieprzypominający stereotypu starego, wąsatego niczym sum listonosza. Był to młody, krzepki blondyn, który uśmiechał się od ucha do ucha, jakby tłum gorących blondynek w skąpych strojach kąpielowych, wiwatował na jego cześć.
Jego uśmiech nieco przygasł, gdy zastawiłem mu drogę. Nieco zapomniałem o ograniczonej możliwości poruszania się wampirzym tempem. Chociaż to była jego wina. Zaskoczył mnie, a ja mieszkając na odludziu, miałem pełne - no dobra, może nie tak pełne - prawo do poruszania się własną szybkością.
- Przesyłka... - wybąkał wyciągając kopertę z niebieskiej torby, przewieszonej przez jego umięśnione ramię. Dawno nie podnosiłem skał u podnóża Himalajów. - Pan Jev Monaghan.
- Roth - poprawiłem go, a on na usprawiedliwienie wskazał palcem wyraźnie napisane moje prawdziwe nazwisko. - Pomyłka. - wzruszyłem ramionami odbierając od niego arkusz.
Stał chwilę jakby czekał na...napiwek? No jeszcze czego, od kiedy angielscy - a on z pewnością nie wyglądał na Anglika - listonosze dostają napiwki.
- To poczta prywatna. - powiedział jakby kierując swoje wytłumaczenie do idioty. Wyciągnąłem z kieszeni dolara i podałem mu. Gdy chciał odejść przytrzymałem go i zapytałem od kogo jest koperta, ponieważ na papierze nie znalazłem żadnego podpisu.
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami i wyciągnął telefon - Ale zabrałem to stąd - podał telefon i wskazał adres. Adres Katherine.
Podziękowałem i pożegnałem go.
- A mój telefon? - dopytywał się patrząc z rozżaleniem na urządzenie, które schowałem do tylnej kieszeni spodni.
- A tak. - zawróciłem się i oddałem, rozbawiony jego przywiązaniem do telefonu.

Uznając ogród za najlepsze miejsce do odczytania listu, groźby - czy cokolwiek to było - usiadłem na ławce. Nie chciałem wracać do domu i rozmawiać z Kim, odkąd wprowadziła się do mnie, a była to całkiem zabawna historia, (gdy z nieznanego powodu żadna agencja nie chciała odsprzedać mi mieszkania i musiałem zaprosić ją do siebie), więc odkąd się wprowadziła zrobiła się bardziej śmiała. Wprawdzie przedtem także mieszkaliśmy razem, ale nie znaliśmy się tak dobrze. To znaczy ona nie wiedziała nic o mojej tożsamości, a tak właściwie wtedy też niewiele o niej wiedziałem.
Czasami zastanawiałem się dlaczego nie oddała dziecka, którego wychowanie zahamuje jej cały rozwój, ale nie zdobyłem się na pytanie, zwłaszcza, że zawsze odwracała kota ogonem, wrzucając temat mojego ojcostwa, które tak właściwie nie istniało.
Otwarłem kopertę i nastawiony na każdą formę pisemną wypowiedzi - od pogróżek po list miłosny - wyjąłem różową karteczkę na której widniał nagłówek "Zaproszenie na magiczne przyjęcie zaręczynowe", W międzyczasie zastanawiałem się kto zna moje prawdziwe nazwisko, a nie było wiele takich osób, no może Katherine, z której domu właśnie przyszedł list, Ale to drobny szczegół, a ja czuję się dziś jakby do mojego shandy wrzucono trzy tuziny tabletek gwałtu.
- No proszę, proszę. - mruknąłem czytając o  Młodej Parze. - Idziemy na imprezkę.

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz