wtorek, 29 marca 2016

Od Jev'a - CD historii Katherine

Na przyjęcie dotarłem moim nowym samochodem, ponieważ zbytnio nie wiedziałem co się stało z moim ukochanym Buggati Veyronem, z podgrzewanymi siedzeniami i GPS-em, który kilka lat temu wywiózł mnie i Katherine na pustkowie, zaraz przed tym jak się pokłóciliśmy i rozstaliśmy. Zastanowiłem się chwilę ile razy już to robiliśmy i po kilku minutach namysłu, stwierdziłem, że liczenie tego nie ma sensu - dawno straciłem rachubę rozstać z Katherine Aristow.
Stałem teraz przed jej domem, oświetlonym niczym bożonarodzeniowa choinka, co oznaczało, że w środku jest co najmniej setka wampirów lub też czarowników. Uznałem więc, że nie ma co bawić się w grzeczności i sam wszedłem do środka. Jakby nie było swojego czasu to mieszkałem i w rogu tego pomieszczenia, gdzie stała teraz szafka na buty z dużym owalnym lustrem, uprawiałem seks z właścicielką domu.
Moje brudne myśli skończyły się gdy zacząłem zauważać obecnych. Przed moimi oczami zamigotała sylwetka czerwonowłosej czarownicy.
- Monaghan - uśmiechnęła się szeroko - Nie sądziłam, że przyjdziesz.
- Ja też nie. - odpowiedziałem i uściskałem ją - Ale ślub, naprawdę?
- To przyjęcie zaręczynowe - poprawiła mnie - Jeśli masz prezent to możesz już dać - wprowadziła mnie do środka, gdzie pierwszym elementem, który zauważyłem był stolik, na którym ja i Kath...
- Słyszę twoje myśli, więc bądź miły...
Zawstydziwszy się lekko, spojrzałem na nią pytająco
- Są głośne.
- I gorące. - dodał wysoki brunet o wielkich piwnych oczach, które pożerały wzrokiem moją skromną osobę.
- Przymknij się, Lo. - czarownica klepnęła go w ramię i przewróciła oczami, tak, że chyba ją to zabolało - Pamiętasz mojego brata, Lorenza?
Przekrzywiłem głową i usiłowałem dostać się do najgłębszych zakamarków mojej pamięci.
Bezskutecznie.
- Raczej nie.
- Mówiłem ci, że te zioła zadziałają. - błysnął olśniewającym uśmiechem i oddalił się do stolika, gdzie prawdopodobnie siedziała cała rodzina Cassandry Clare, a już nie długo - Aristow.
- Nie mogę uwierzyć, że wychodzisz za syna mojej byłej dziewczyny. Wiesz jakie to niemoralne? - zagaiłem, jednocześnie obserwując owego podejrzanego Lorenza, który nie odrywał ode mnie wzroku, nawet sącząc puszkę shandy. Zaraz, shandy?
- Wiesz co jest niemoralne, Monaghan? - mruknęła, a ja sięgnąłem do początków naszej znajomości, kiedy to jej jako pierwszej wyjawiłem moje prawdziwe nazwisko, od tego czasu poczuła się zaszczycona i zawsze się nim do mnie zwracała, wymawiając je z akcentem z czasów elżbietańskiej Anglii. - To, że gdybyś nie zwiał z wesela stalibyśmy się rodziną!
- Nie było wesela. - zaprzeczyłem, choć złapałem aluzję. Również mnie obwiniała za tą sytuację. - Od kiedy tak się wczuwasz w bycie Aristow? Od kiedy bronisz Kath? - dopytywałem się
- Od kiedy widzę dziecko, którym opiekują się wszyscy oprócz jego ojca. To jest dopiero niemoralne.

Nie zgodziłem się z nią, tak jak poprzednio z Kim. Czy naprawdę wszyscy musieli przypominać mi o tym jakim tchórzem jestem?
Sięgnąłem po puszkę shandy, jednocześnie stykając się z dłonią dziwacznego brata Cassandry.
- Proszę. - podał mi napój, wyciągając go z przenośnej lodówki.
- Skąd się znamy? - wyparowałem z pytaniem, otwierając ,syczące pod wpływem potrząśnięcia, piwo.
- 1982, Wyspa Księcia Edwarda, spędziliśmy miłe chwile, nieprawdaż?
Spojrzałem na niego jak na idiotę. Co za dupek, śmiał mnie posądzać o coś takiego.
- Chyba mnie z kimś pomyliłeś. - wciągnąłem głośno powietrze, jakby było mi potrzebne do życia i oddaliłem się z zasięgu jego wzroku.
- Sukinsyn. - mruknąłem odchodząc.
Zatrzymałem się w wejściu do drugiego pomieszczenia, gdzie siedziała moja córka. Upewniwszy się, że nikt nie idzie, wszedłem do pokoju i zamknąłem cichutko drzwi.
- Cześć. - przywitałem się, a ona natychmiast odwróciła głowę, uśmiechając się słabo. - Możemy porozmawiać?

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz