Viv siedziała przez chwilę w bezruchu, wpatrzona we mnie, z równie wielkim zmieszaniem, co ja w nią. Oczekiwałem złości, płaczu, krzyków, a tymczasem ona wstała z fotela, deptając po drodze kilka rozrzuconych lalek z oderwanymi głowami, które były pozbawione włosów, i objęła mnie drobnymi rękoma ciut wyżej kolan. Schyliłem się do pozycji kucającej żeby zrównać jej wzrostowi i odwzajemniłem mocny uścisk. Był to uścisk tęskniącego dziecka, które potrzebowało nie tylko silnej mamy, ale i taty, bo tak właśnie ma być. Zasmuciłem się trochę, że sprawy są w takim beznadziejnym położeniu. Nie było one korzystne dla nas, ale byliśmy do niego przyzwyczajeni, teraz gdy pojawiła się Vivienne nie mogliśmy pozwolić na to.
- Przepraszam. - powiedziałem cicho i poczułem jak po jej ciepłym policzku spływa łezka, która była na tyle duża by zostawić okrągły ślad na mojej marynarce. - Obiecuję już nigdy cię nie zostawić. - pogłaskałem ją po głowie i poczułem jak przepełnia mnie radość.
- Mama nie wierzy w obietnice. - powiedziała wciąż nie odrywając głowy od mojego ramienia
- Ty też nie? - zdawałem sobie doskonale sprawę, że Kath ma takie poglądy ze względu na mnie i naszą przeszłość, ale teraz musiałem postawić coś ponad naszą relację - kontakt z córką.
- Postaram się nie być taka sceptyczna. - gdy się odsunęła jej oczy były szkliste jak po naprawdę dużej histerii, ale nie czułem zbyt wielkiej wilgoci na ubraniu. Jednak uśmiechała się.
Wstaliśmy, tak właściwie to ja wstałem, a Viv pociągnęła mnie na sofę, gdzie zaczęła opowiadać o tym co mnie ominęło. W pewnych momentach, odnosiłem wrażenie, że koloryzuje wydarzenia i nagina prawdę, ale miała do tego pełne prawo.
Była przecież tylko dzieckiem.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz