Uniosłam
brwi, kiedy zauważyłam nagły ruch Jev’a, który do tej pory stał po drugiej
stronie pokoju. Kiedy zaczął szybko zbliżać się ku bratu Cassandry,
przewidziałam już, co zamierza. Nie to, żebym chciała go powstrzymywać.
Zresztą, nawet jakbym chciała, nie było już szans na zatrzymanie
nieuniknionego. W sali zapadła cisza – nawet muzyka w jakiś sposób umilkła –
kiedy Jev grzmotnął czarownika pięścią w twarz.
Po
kilku chwilach napiętej, pełnej zaskoczenia ciszy, postanowiłam wreszcie zabrać
głos.
-
Dobra, super. Fajnie. – Wyrzuciłam ramiona ku niebu, krzywiąc się nieznacznie.
Swoje spojrzenie zwróciłam w stronę Christophera, który stał obok mnie z
butelką gotową do nalania ginu, zastygłą w pół ruchu. – Następnym razem, kiedy
pójdziemy do Ikei po nowy dywan, powiedz mi: „Nie, Kath, nie bierz tego
białego. Zapewne niedługo i tak zostanie zniszczony za nim będziesz mogła się
nim nacieszyć.” – Zauważyłam, że kąciki jego ust lekko się podnoszą. – Nie żartuję,
nie pozwalaj mi na to.
Obydwaj
mężczyźni kompletnie mnie olali, co uraziło nieco moją kobiecą dumę. Zmrużyłam
gniewnie oczy, kiedy czarownik wstał i zaatakował. Popchnął Jev’a na komodę,
używając przy tym tej swojej dziwnej magii. Jęknęłam, słysząc dźwięk łamanego
drewna. I w sumie też kości. Ale komoda w tym przypadku sama się nie naprawi.
Jev
ruszył już, aby ponownie staranować przeciwnika, jednak szybko obliczyłam sobie
w głowie, jak to będzie wyglądało. Najpewniej brat Cassandry nie zdąży się
obronić i poleci prosto na moje piękne, dębowe drzwi, które w ten sposób zostaną
brutalnie wyłamane. Ale to nie było najgorsze. Przy tak wielkim uderzeniu i
upadku ze schodów na ganku, skończyłoby się to…
Matko
kochana, mój samochód stał na podjeździe, ponieważ byłam zbyt leniwa, żeby go
zaparkować. Gdyby czarownik w niego walnął, nie wyszłoby to na dobre
McLarenowi. Czarownikowi zresztą też nie, kiedy wreszcie dopadłaby go
sprawiedliwość.
Tak
więc totalnie spanikowałam. I odebrałam im obydwojgu przytomność.
Kiedy
usunęli się na ziemię, momentalnie rozległy się dosyć głośne szepty.
Przystąpiłam z nogi na nogę, nie pewna tego, co zrobiłam. A co jeśli ich
zabiłam? Nie zależało mi jakoś specjalnie na bracie Cassandry, ale gdyby Jev
zginął… Cóż, Vivienne pozostałaby bez ojca. I lepiej było dla mnie, żebym
pozostała tylko przy tym.
-
Lorenzo oddycha, więc Jev’owi pewnie też nic nie jest – uspokoił mnie Chris,
obejmując mnie ramieniem. – Tak poza tym, to było niezłe.
-
Ja nic nie zrobiłam. Ratowałam tylko moje maleństwo.
Jakieś
dwie godziny później impreza się skończyła. Mężczyźni zostali oczywiście
wcześniej przetransportowani w bezpieczne miejsca. Jev’a umieściłam w jego
starej sypialni, a czarownikiem zajęła się Cassandra i ich rodzice,
przetransportowując go do hotelu.
Siedziałam
przy Jev’ie, kiedy się obudził. Byłam właśnie w trakcie czytania niezwykle
emocjonującego rozdziału jakiegoś kryminału, kiedy przerwał mi jego
zachrypnięty głos.
-
Która godzina?
-
Jakże podstawowe pytanie zaraz po obudzeniu się. – Przewróciłam oczami. – Około
północy. Przez twój wybryk przyjęcie wcześniej się skończyło. I dzięki za
dywan.
-
Co ty zrobiłaś? Czuję się jak gówno. – Zmienił pozycję z leżącej na siedzącą.
-
Małe demoniczne sztuczki. – Wzruszyłam ramionami. – Nie do końca nad tym
panowałam. – Westchnęłam. – Słuchaj, pewnie nie chcesz mi mówić o co poszło i
tak szczerze mówiąc, to naprawdę mało mnie to obchodzi, ale liczę na to, że to
się więcej nie powtórzy.
-
Tak bardzo martwisz się o swoje rzeczy? – zadrwił.
-
Następnym razem Vivienne będzie mogła być w pobliżu – warknęłam, wstając. – I jeśli
coś by jej się stało… - Nie dokończyłam zdania, wychodząc z pokoju. – Zmień te
zakrwawione cichy, są tu gdzieś jakieś twoje. I wracaj do domu.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz