Widok
Jev’a i Vivienne poruszył mną bardziej, niż chciałabym przyznać. Cieszyło mnie,
że postanowił przyjść oraz nawiązać z nią rozmowę. Liczyłam na to, iż mała
wampirzyca szybciej wybaczała, niż ja. Chociaż, kiedy nazywa się Aristow
zapisuje się wiele rzeczy w pamięci, aby potem używać ich przeciwko innym.
Jednak nie mogłam zapominać, że była zbudowana też z nieco lepszej, Jev’owej
gliny. Mogłam mieć tylko nadzieję, że tak było.
-
Wyglądasz, jakbyś właśnie wypiła kwas. – Casper wziął mnie pod ramię i razem ze
mną przemierzył korytarz prowadzący do sali biesiadnej. Albo większego salonu.
Jak zwą, tak zwą.
-
Wyjątkowo smaczny kwas – odpowiedziałam z uśmiechem.
Roześmiał
się cicho.
-
Czyżby ojczulek się pojawił? Rozmawiałaś z nim?
-
Nie, Viv go przejęła. Ale Jev sam wie, co jest słuszne, więc nie muszę mu
prawić morałów. – Zachichotałam na sam dźwięk tych słów. – Właściwie to jako,
iż jestem okropną matkę i ogólnie osobą, ktoś powinien mi przemówić do
rozsądku.
-
Daj spokój. – Mężczyzna, którego z dumną mogłam nazwać synem, objął mnie
ramieniem. – Może tego nie widzisz, ale jesteś cudowną matką. Viv ma szczęście.
Ja również bym miał, gdybyś nie była wtedy tak zarozumiałą idiotką.
-
A już myślałam, że chcesz powiedzieć coś miłego. – Szturchnęłam go łokciem w
żebra, śmiejąc się przy tym. Zrównał mi. – Ale wiem, co chcesz przez to
powiedzieć. Nie ma słów, które mogłabym wyrazić, jak przykro jest mi z twojego
powodu. Być może, gdybym cię zatrzymała, byłabym teraz zupełnie innym
człowiekiem. Albo demonem. Nie istotne. – Westchnęłam cicho. – Cassandra pewnie
zastanawia się, gdzie się podziałeś. Wracaj do narzeczonej.
-
Zapamiętałaś, jak ma na imię! – zauważył uradowany.
-
Chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić – odparłam, przewracając oczami.
Minęła
kolejna godzina, kiedy wreszcie zauważyłam Jev’a schodzącego po schodach na
dół. Vivienne mu nie towarzyszyła, lecz nie dziwiłam się. Mimo, że była duszą
towarzystwa, pewnie po takiej nowości, jaką był jej ojciec, chętnie
poukładałaby sobie to wszystko w głowie.
Zauważyłam,
iż mój były narzeczony nieskutecznie starał się nie zwracać na siebie mojej
uwagi i wymknąć się z domu pozostając niezauważonym. Dopadłam go, jednak w
wyjściu na zewnątrz. Westchnął z irytacją, kiedy zastąpiłam mu drogę.
-
Nie witasz się. Nie żegnasz się. A jednak przychodzisz na przyjęcie. Czy taki
brak kultury nie powinien być karany? – Starałam się obrócić swoje słowa w
żart, jednak nadal się nie uśmiechnął.
-
A czy powinienem w ogóle się do ciebie odzywać, po tym, jak ostatnio mnie
potraktowałaś?
-
Słuszna uwaga. Jestem wielką suką, ale to już przecież wiemy. – Uśmiechnęłam się
lekko. – A teraz, serio. Musimy porozmawiać. – Rozejrzałam się. – Ale w jakimś
ustronniejszym miejscu.
Pociągnęłam
go za ramię za nim zdążył zareagować i wepchnęłam za najbliższe drzwi. Okazało
się, że trafiliśmy do jadalni.
-
Słuchaj – zaczęłam cicho. Nie dlatego, że bałam się o to, iż ktoś może
podsłuchiwać. Zwyczajnie dziwnie było mi podnieść głos w tak dziwnej chwili,
jak… Rozmowa. Taka prawdziwa, od serca. Bez obrażania drugiej strony, ani
żartowania. Dawno tego nie robiłam. – Na początku chciałam podziękować ci za
to, że się pojawiłeś. Nie ze względu na mnie, ale na Vivienne. To naprawdę
wiele dla niej znaczy. Dla mnie zresztą też.
-
To obowiązek. Ona potrzebuje ojca – powiedział sztywnym tonem.
-
Wiem i właśnie z tego powodu chciałabym cię o coś prosić…
-
Ty? Mnie? Prosić? – zadrwił, prychając.
-
Tak, Jev. Ja… Vivienne… Jak powiedziałeś, ona potrzebuje ojca. Ale nie w co
drugi wtorek, w weekendy, czy nawet codziennie od trzynastej do dwudziestej
pierwszej. Ona potrzebuje ojca dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dlatego
chciałam cię prosić… I rozumiem, jeśli się nie zgodzisz. Ale uznałam, że
najlepiej będzie, jeśli się wprowadzisz.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz