Wróciłem do domu i zacząłem przekopywać w szafę w szaleńczych poszukiwaniach stroju galowego.
Kim oczywiście spostrzegła to i językiem migowym, którego zaczęliśmy się uczyć kilka dni temu, zapytała co ja robię i czemu nie mogę ciszej i dyskretniej rozrzucać rzeczy po podłodze oraz czy mam w lodówce kaszę jaglaną.
Uwierzcie, wszystko to wyraziła po migowemu. Mistrzostwo świata.
- Idę na niespodziewane przyjęcie. Teraz wypadło. - wyszeptałem powoli, aby dać jej możliwość czytania z ruchu ust.
- Ah - pokiwała smutno głową i podeszła bezszelestnie do szafy wyciągając kilka ubrań oraz krawat.
Rozłożyłem rzeczy i poszedłem po żelazko, bo leżąc kilka miesięcy nieużywane w szafie, ubrania nieco się pogniotły.
Kim uniosła zabawnie brew, która była tak wysoko, że gdy ta ją podnosiła znikała w burzy odstających kosmyków grzywki.
Zaśmiałem się - w duchu - bo od kiedy mieszkamy razem i kiedy mała śpi, posługujemy się bez dźwiękowymi rozmowami i wyrażaniem emocji.
Zażyłem podstawowych środków aby wyglądać oszałamiająco. Nie potrzeba było mi zbyt wiele, przecież sam w sobie byłem chodzącym cudem świata.
- Jasne, jasne. - mruknęła Kim, której nie zauważyłem wcześniej. Stała oparta o framugę drzwi do mojej sypialni trzymając w dłoni kubek parującej czekolady.
- Co? - zapytałem, a gdy nie odpowiedziała, a zaczęła bezdźwięcznie ruszać wargami "Jestem cudem świata", zorientowałem się, że mówiłem to wszystko na głos.
- Czyż nie taka prawda? Sprawdź na kartach modowych magazynów. Jev Roth jest pierwszoplanowym bohaterem na każdej stronie. - puściłem perskie oko i poprawiłem krawat w czerwone prążki. Jeszcze raz obejrzałem się w lustrze i stwierdziłem, że wyglądam jak przyzwoity tata.
W tym samym momencie poczułem jak zimne palce Kim oplatają mój kark, a ona zaczyna do mnie przylegać swoim ciałem.
Odwróciłem się szybko by sprawdzić co robi i czy przypadkiem sama nie zażyła owych tabletek gwałtu. Jej długie palce wciąż wodziły po mojej szyi, delikatnymi ruchami, a ona patrzyła w moje oczy, by następnie jej spojrzenie przeszło na wargi.
Zrobiła to tak szybko, że nawet nie zdążyłem zareagować ani jej odepchnąć. Pozwoliłem by słodki ludzki pocałunek trwał kilka sekund, aż w końcu ona sama oderwała się ode mnie.
Patrzyłem na nią szeroko otwartymi oczami, zapewne wyglądając jak idiota, za którego wziął mnie ten listonosz.
- Wrócisz szybciej? - zapytała chcąc jeszcze raz się do mnie zbliżyć, ale cofnąłem się i dozwolonym w tym domu - chociaż tym - wampirzym tempem wybiegłem z własnego mieszkania w którym zaatakował mnie całujący wampiry Jeżozwierz.
Jev, przyzwoity tata z ciebie.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz