Biegłem. Przedzierałem się przez las. Mój puls stawał się coraz szybszy.
Zdałem sobie sprawę, że jestem mięczakiem. Że nie umiem powiedzieć jej
prosto w twarz prawdy i moich odczuć. Że uciekam. Uciekam od problemów. A
nigdy tak nie robiłem. Zawsze rozwiązywałem problemy od kichanego
początku do pieprzonego końca.
W końcu zatrzymałem się, i padłem na kolana. Gdyby nie to, że nie czułem
bólu prócz tego zadawanego przez drewno i noże byłbym spocony, zmęczony
i wymordowany szaleńczym biegiem.
Poczułem głód. Pulsujące kły.
Zapach krwi.
Po lesie chodził człowiek. Kobieta. Mimo woli zakradłem się parę kroków od niej.
Nie, nie, nie - wołało moje serce.
Tak, tak, tak - wołał instynkt drapieżcy.
Podszedłem do dziewczyny. Jej kasztanowe proste włosy opadały na
ramiona, a śniada skóra tworzyła kompozycje z krwistoczerwoną sukienką
sięgającą do połowy uda. Krwawiła. Z nosa.
Starałem się nie wdychać tego zapachu. Nie.
Przysunąłem się bliżej do Czerwonego Kaptura i ująwszy jej twarz w dłonie powiedziałem:
- Uciekaj - zażądałem - Jak najszybciej. Nie krzycz. Uciekaj. Ktoś cię
goni. - użyłem perswazji i puściłem dziewczynę, która bezradnie pokiwała
głową. Potem uciekła. Słyszałem jej przyspieszone bicie serca. Złapałem
się za głowę i zatkałem uszy. Ale ten zapach.
Nie mogłem z tym walczyć, ale musiałem. Aczkolwiek nie tylko z tym.
Katherine? Twój brak weny udzielił się i mi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz