Głośne pukanie do drzwi mnie obudziło. Ziewnęłam głośno i zerknęłam na okno. Słońce właśnie zachodziło. Przespałam cały dzień.
Następnym razem odezwał się dzwonek. Pobiegłam szybko do łazienki i uporządkowałam swoją fryzurę. Dzwonek ponownie się odezwał.
- Już idę! - krzyknęłam, podążając w kierunku frontowych drzwi. Otworzyłam je. Na zewnątrz stał wampir, który musiał zostać przemieniony, gdy był w średnim wieku. Miał na sobie uroczysty garnitur, a jednak nie wyglądał na osobę, która udaje się na przyjęcie. - Witam. W czym mogę pomóc?
Nie zaskoczył mnie, gdy ukłonił się, prawie dotykając ziemi czubkiem głowy. Wampiry często robiły tak w starciu z przywódcami. Trzeba było zachować zasady dobrych manier i poczucia niższości wobec nich.
- Droga panno Aristow - odezwał się, głębokim basem, gdy już się wyprostował. - Moja pani ma przyjemność zaprosić panią na przyjęcie urządzane w jej domu.
Ach, lokaj.
- A twoja pani to kto?
- Panna Marcelyn Fontie.
Zmarszczyłam brwi i zaczęłam wyliczać nazwiska w głowie.
- A z jakiego ona jest klanu?
- Z klanu pana Blancharda, naturalnie - uśmiechnął się lekko.
- Ach, dziewczynka Pavla. I pewnie on też będzie?
- Z tego, co mi wiadomo. Pan Harris także się powinien pojawić. Zostałem wysłany specjalnie, by zaprosić przywódców na to przyjęcie. Dla panny Marcelyn to będzie zaszczyt, gdy pani tam dołączy. Będzie wyłącznie elita i kilka osób, którym udało się wcisnąć swoje nazwisko na listę - tu się cicho zaśmiał.
Odwzajemniłam się obojętnym spojrzeniem.
- W co mam się ubrać?
- Nie będzie to typowa dyskoteka, więc w coś odpowiedniego. Jak mówiłem - sama elita - podał mi kartkę. - A to są dokładne informacje o miejscu i godzinie.
Skinęłam głową.
- Dziękuję. Do widzenia.
- Do widzenia, panno Aristow.
Lokaj miał rację. To było kameralne spotkanie. Załatwili nawet czerwony dywan. Oczywiście, gdy pojawiłam się ja, wszyscy zeszli mi z drogi, a wykidajła jeszcze się skłonił. Ach, cudownie być elitą elit. Gdy tylko znalazłam się w bogatym wnętrzu domu, dopadła mnie jasnowłosa wampirzyca.
- Och, panno Katherine - uśmiechała się szeroko. - Jakże miło panią widzieć. Nazywam się Marcelyn Fontie, jestem gospodynią.
Obejrzałam ją od góry do dołu. Była niska i miała okrągłą, dziecinną twarz. Dobrze zrobiłam, że wybrałam czerwoną sukienkę do ziemi, przylegającą do ciała, bez ramiączek. Jej także była do ziemi, lecz bardziej królewska. Ciągnęła się za nią po ziemi. Zauważyłam, że tylko znane wampiry miały dostojne stroje. Inne, pewnie te, które wcięły się na listę, zakładały schludniejsze rzeczy.
- Mów mi Katherine - odpowiedziałam bez cienia uśmiechu. - Dziękuję ci za zaproszenie.
- Nie. To ja dziękuje - zachichotała i zniknęła.
Kilka sekund później zostałam porwana. Na szczęście nie dosłownie. Pewien wampir chwycił mnie w łokciu i obrócił. Chwilę potem zaczął tańczyć ze mną w rytm muzyki.
- Pavlo - po raz pierwszy w ciągu kilku dni wydałam się rozbawiona. - Widzę, że także przybyłeś.
- Gdzie alkohol, tam i ja - uśmiechnął się szelmowsko.
- Dlatego przyszedłem was pilnować - zza jego pleców wyszedł Thomas.
Klasnęłam w dłonie i wyrwałam się z objęć Pavla. Zaczęłam zmierzać ku barkowi.
- To co? - odwróciłam się przez ramię. - Idziemy pić?
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz