***
Siedziałem przez telewizorem wpatrując się w czarny ekran. Nie włączyłem go, właściwie bardzo rzadko był włączony. Był tu tylko dla ozdoby, dla zapewnienia pewnego luksusu jak na wampira przystało.
Wstałem by pójść do lodówki po shandy, gdy nagle usłyszałem dzwonek do drzwi.
Przewróciłem oczami i poszedłem otworzyć. Oczywiście wiedziałem kto za nimi stoi.
Smukła blondynka o jasno-niebieskich oczach, długich nogach i przenikliwym spojrzeniu.
- Cześć - uśmiechnęła się od ucha do ucha. Miała na sobie białą koktajlową sukienkę na ramiączkach i czarną marynarkę.
- Hej - przytuliłem ją. Moja nienawiść do niej nieco się ulotniła gdy zrozumiałem, że ta drobna i stara istotka darzy mnie miłością, mimo upływu czasu i kiedy trzeba pomoże. Nie poddaje się i nie ucieka. Tak jak niestety robi Katherine. - Wybierasz się gdzieś? - spytałem
- Tak jakby... - odparła odbierając mi puszkę shandy i wchodząc do holu.
- Zapraszam, czuj się jak u siebie. - skwitowałem
Pokazała mi język.
- Czyli przyszłaś mi posprzątać? - spytałem
- Przecież tu jest czysto jak... - zamyśliła się - Nie znam miejsca w którym mogłoby być czyściej, Jev - mruknęła. - Ani mężczyzny, który tak dba o...
- Do rzeczy, Shev. - ponagliłem ją.
- Chcę żebyś się wybrał ze mną na imprezę do Marcelyn.
Marcelyn, Marcelyn. Skądś ją znam.
- Nie pamiętasz?! - krzyknęła prawie, że oburzona - Marcelyn Fontie - wytłumaczyła
- Serio?! - wykrzyknąłem - To ta Marcelyn? - zdziwiłem się.
A najlepsze jest, że wcale nie wiedziałem o kogo chodzi.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz