Wiedziałem wszystko o wszystkich.
Przemierzając kręte ulice miasta, szedłem powoli z pełną charyzmą i godnością charakterystyczną tylko dla mężczyzny. Dla mężczyzny z takimi zdolnościami. Mijając ludzi, wdychając ich zapach - już potrafiłem ocenić ich sytuacje materialną, psychiczną, fizyczną.
Obok mnie przeszła bardzo niska kobieta z burzą pomarańczowych kręconych włosów. Nie były zwyczajnie rude. W moich czasach ten kolor - spostrzegłem, że naturalny - byłby jedynym (i doskonałym) pretekstem do natychmiastowego spalenia jej na stosie. Podskakiwała radośnie do rytmu muzyki rozlegającego w jej uszach przez zielonkawe słuchawki, a jej rude kędziorki skakały razem z nią. Myślała o chłopaku, który rzucił ją dla piegatej snobki, jej byłej przyjaciółki i chciała się koniecznie na nich zemścić. Jej saldo wynosiło zaledwie 200 dolców, iż wszystko wydała na odżywki do włosów. Borykała się z trudnymi do wyleczenia hemoroidami.
Parsknąłem cicho na myśl o tych żałosnych ludzkich problemach. Ich nic nieznaczące dylematy.
A tacy są próżni.
Czułem respekt w oczach mijających mnie istot. Nie wiedzieli kim jestem, ale podświadomość automatycznie nakazywała im darzenie mnie szacunkiem. Nie byłem tak byle jaki jak oni. Byłem kimś o wiele więcej. Panem istot umarłych. Moim powołaniem było zabieranie stąd nadnaturalnych istot i ich potulne wychować. Tak by chodzili za mną jak pieski. Słuchali rozkazów. Wypełniali zadania. Byli podwładnymi i pomagali utrzymać porządek kolei śmierci.
- Ty. - usłyszałem za plecami niski, zachrypnięty głos należący do wampira. Został przemieniony na pewno nie w samym kwiecie swego ludzkiego wieku, bo w jego czarnych włosach połyskiwały prześwity siwizny, a na czole pojawiały się zmarszczki zmęczenia i starości, których korzyść nieśmiertelności nie mogła zamaskować, iż mężczyzna mógł zostać przemieniony - zapewne przypadkowo - grubo po sześćdziesiątce. Zatrzymałem się, nie z polecenia, ale samej ciekawości pewności tego drania.
- Alexander Brylynsky - obrzuciłem go niechętnym spojrzeniem i klasnąłem w dłonie. - Kogoż my tu mamy. Laureat rosyjskiego konkursu na jak największą liczbę przelecianych krewek?
- Ladacznice krwi... - rozmarzywszy się przesunął językiem po kłach - Nie próbowałeś? - zagaił uśmiechając się przy tym jak idiota.
Prychnąłem.'
- Widzę, że byłeś wampirem - rzucił po chwili. - Twoja aura jest teraz tylko nieco ciemniejsza. - przymrużył jedno oko i po chwili się poprawił - O wiele.
- Pan Mroku nie może świecić jak drzewko świąteczne. - odparowałem unosząc lewy kącik ust w nieznacznym uśmieszku.
- Widzę, że... - zaczął, ale zbyt przerażony moim impetem i tym, że w niecały ułamek sekundy znalazłem się obok niego, z rękami uczepionymi jego karku, w każdej dowolnej sekundzie zdolny do oderwania mu głowy, nie dokończył i zapiszczał jak rżnięte świnie. - ...rościsz sobie dość sporą pozycje - wychrypiał czując jak uścisk moich palców na jego gardle staje się słabszy
- Nie inaczej. - w tym samym momencie zacisnąłem palce mocniej i oderwałem mu ten stary siwy łeb. - Byłeś zbędny. - mruknąłem spalając jego ciało pirokinetyczną mocą.
Po chwili poczułem dotyk na ramieniu.
Rozciągnąłem zęby w uśmiechu.
- Byłeś zbędny - powtórzyłem - jako żywy umarły. - zaśmiałem się - Będziesz mi niezbędny jako martwy umarły, zastępco. - mruknąłem do ducha Alexa i tchnąłem w niego posłuszeństwo oraz najważniejsze - respekt, - A teraz przyprowadź do mnie moją armie.
Katherine? Wiem, beznadzieja, nie wiem o czym pisać, ale jest :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz