Milczenie było naprawdę
przytłaczające. Nie mogłam się powstrzymać i prychnęłam, wbijając spojrzenie w
Jev’a. Oczywiste było to, że mnie nie pamiętam. Nadal jednak czułam się
zdradzona i poniżona, a ktoś taki jak ja nie powinien czuć się tak nigdy. Myśl,
że kiedykolwiek mogę mieć z nim szczęśliwe życie i założyć rodzinkę, było
najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek uczyniłam. Teraz byłam demonem. Samo to
bez wątpienia sprawiało, że nie byłam idealnym przykładem matki i żony, którą
teraz najwyraźniej miałam nigdy nie zostać. I dobrze. Zostałam nakłoniona do
zaręczyn pod pretekstem. A raczej szantażem. Tak czy inaczej, wcale tego nie
chciałam. Prawda?
- Jestem Mroczną Panią –
oznajmiła nagle Shevy, unosząc dumnie głowę. – Jev był Mrocznym Panem przede
mną, ale teraz jest człowiekiem. A teraz powiedz, kim ty jesteś?
Mrugnęłam, a moje oczy zrobiły
się całkowicie czarne. To chyba wyjaśniało fakt, ponieważ Shevy wciągnęła
głośno powietrze i pokręciła głową.
- Umarłaś? Kiedy? – zapytała.
- Teraz martwisz się o moje
życie? – warknęłam. – To nieistotne. Mam was już serdecznie dość. Obydwoje.
Jedyne czego teraz chcę to wrócić do domu, do Vivienne…
Spojrzenie Shevy sprawiło, że
przestałam mówić. Najwyraźniej po tym krótkim opisie, domyśliła się, kim jest
Vivienne. Cholera. A jakby teraz chciała jej coś zrobić? Ale przecież była też
córką Jev’a, a Shevy podobno go kochała. Ale Jev teraz niczego nie pamiętał,
więc…
- Zbliż się tylko do niej, a
rozkażę moim małym przyjaciołom cię zjeść – syknęłam w jej stronę, opiekuńczo głaszcząc
Mortie’go po głowie. Zamerdał ogonem, choć nadal warczał, patrząc groźnie na
Shevy. – Możesz sobie być jakąś Mroczną Panią, ale one będą w stanie cię zabić.
Uwierz mi.
Nawet nie zauważyłam, kiedy
zaczęła się burza. Dziwne, ponieważ niebo było wcześniej bezchmurne.
Najwyraźniej złączenie naszych gniewnych mocy sprawiło, że w pogodzie nastąpił
przełom. Nawet fajnie, ale jednocześnie słabo. Nie chciałam, żeby padał deszcz
i strzelały pioruny, za każdym razem, gdy się złoszczę. To byłoby już zbyt
filmowe, nawet jak na mnie.
Shevy najwyraźniej chciała się
odezwać, ale nie dałam jej dojść do słowa, unosząc dłoń. Wgapiłam się w
przestrzeń, myśląc, co teraz mam zrobić. Zabić ją? To rozważne podejście.
Gdybym puściła ją wolno, mogłaby zabić moją córkę. Jednocześnie jednak nie
chciałam jej krzywdzić, ponieważ być może jej aktualny status przydałby się w
przyszłości.
- Idę na kawę – oznajmiłam spokojnie,
patrząc na nią bez dawnej złości. Było, minęło. Było, minęło. Ustawiłam to jako
mantrę, choć mało pomocną. Nadal jej nienawidziłam, ale dojścia u Mrocznej Pani
mogłyby się naprawdę przydać. – Idziesz ze mną?
- I mam go zostawić tu samego? –
uniosła brwi, zerkając na Jev’a.
- Tak – powiedziałam, nad wyraz
obojętnie. Ledwo spojrzałam w kierunku mojego narzeczonego. Ach, przepraszam.
Byłego narzeczonego. Pierścionek pewnie walał się gdzieś w mojej sypialni.
Zaginął, kiedy byłam rozszarpywana. Tak samo, jak ostatni fragment mojej
miłości do Jev’a. Nie było go, kiedy go potrzebowałam. A teraz spotkałam go z
Shevy. To bez wątpienia był powód, by go nienawidzić. – Może tutaj zgnić, a
mnie to nic nie obejdzie.
- Jasne – mruknęła sarkastycznie.
– W takim razie możesz sobie iść sama. Ja z nim zostanę.
- Dobra – ruszyłam w kierunku
najbliższego Sturbucksa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz