niedziela, 27 września 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a



Milczenie było naprawdę przytłaczające. Nie mogłam się powstrzymać i prychnęłam, wbijając spojrzenie w Jev’a. Oczywiste było to, że mnie nie pamiętam. Nadal jednak czułam się zdradzona i poniżona, a ktoś taki jak ja nie powinien czuć się tak nigdy. Myśl, że kiedykolwiek mogę mieć z nim szczęśliwe życie i założyć rodzinkę, było najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek uczyniłam. Teraz byłam demonem. Samo to bez wątpienia sprawiało, że nie byłam idealnym przykładem matki i żony, którą teraz najwyraźniej miałam nigdy nie zostać. I dobrze. Zostałam nakłoniona do zaręczyn pod pretekstem. A raczej szantażem. Tak czy inaczej, wcale tego nie chciałam. Prawda?
- Jestem Mroczną Panią – oznajmiła nagle Shevy, unosząc dumnie głowę. – Jev był Mrocznym Panem przede mną, ale teraz jest człowiekiem. A teraz powiedz, kim ty jesteś?
Mrugnęłam, a moje oczy zrobiły się całkowicie czarne. To chyba wyjaśniało fakt, ponieważ Shevy wciągnęła głośno powietrze i pokręciła głową.
- Umarłaś? Kiedy? – zapytała.
- Teraz martwisz się o moje życie? – warknęłam. – To nieistotne. Mam was już serdecznie dość. Obydwoje. Jedyne czego teraz chcę to wrócić do domu, do Vivienne…
Spojrzenie Shevy sprawiło, że przestałam mówić. Najwyraźniej po tym krótkim opisie, domyśliła się, kim jest Vivienne. Cholera. A jakby teraz chciała jej coś zrobić? Ale przecież była też córką Jev’a, a Shevy podobno go kochała. Ale Jev teraz niczego nie pamiętał, więc…
- Zbliż się tylko do niej, a rozkażę moim małym przyjaciołom cię zjeść – syknęłam w jej stronę, opiekuńczo głaszcząc Mortie’go po głowie. Zamerdał ogonem, choć nadal warczał, patrząc groźnie na Shevy. – Możesz sobie być jakąś Mroczną Panią, ale one będą w stanie cię zabić. Uwierz mi.
Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęła się burza. Dziwne, ponieważ niebo było wcześniej bezchmurne. Najwyraźniej złączenie naszych gniewnych mocy sprawiło, że w pogodzie nastąpił przełom. Nawet fajnie, ale jednocześnie słabo. Nie chciałam, żeby padał deszcz i strzelały pioruny, za każdym razem, gdy się złoszczę. To byłoby już zbyt filmowe, nawet jak na mnie.
Shevy najwyraźniej chciała się odezwać, ale nie dałam jej dojść do słowa, unosząc dłoń. Wgapiłam się w przestrzeń, myśląc, co teraz mam zrobić. Zabić ją? To rozważne podejście. Gdybym puściła ją wolno, mogłaby zabić moją córkę. Jednocześnie jednak nie chciałam jej krzywdzić, ponieważ być może jej aktualny status przydałby się w przyszłości.
- Idę na kawę – oznajmiłam spokojnie, patrząc na nią bez dawnej złości. Było, minęło. Było, minęło. Ustawiłam to jako mantrę, choć mało pomocną. Nadal jej nienawidziłam, ale dojścia u Mrocznej Pani mogłyby się naprawdę przydać. – Idziesz ze mną?
- I mam go zostawić tu samego? – uniosła brwi, zerkając na Jev’a.
- Tak – powiedziałam, nad wyraz obojętnie. Ledwo spojrzałam w kierunku mojego narzeczonego. Ach, przepraszam. Byłego narzeczonego. Pierścionek pewnie walał się gdzieś w mojej sypialni. Zaginął, kiedy byłam rozszarpywana. Tak samo, jak ostatni fragment mojej miłości do Jev’a. Nie było go, kiedy go potrzebowałam. A teraz spotkałam go z Shevy. To bez wątpienia był powód, by go nienawidzić. – Może tutaj zgnić, a mnie to nic nie obejdzie.
- Jasne – mruknęła sarkastycznie. – W takim razie możesz sobie iść sama. Ja z nim zostanę.
- Dobra – ruszyłam w kierunku najbliższego Sturbucksa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz