sobota, 12 września 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a



W momencie, gdy wydawało się, że cały mój świat przewrócił się do góry nogami – stał się jeszcze bardziej zakręcony. Szłam korytarzem własnego domu, teraz jakby nieznajomego, wspierając się po prawej stronie ramieniem Christopher’a. Uśmiechał się on do mnie zachęcająco. Wiedziałam, że chce mnie wesprzeć, jednak byłam też świadoma tego, że nie miał pojęcia, jaki to stres poznać własne dziecko. A jeśli mnie nie polubi? Cóż, znając moje szczęście – bez wątpienia nie polubi.
Wreszcie dotarliśmy do ogrodu, a ja prawie zachłysnęłam się powietrzem, kiedy zobaczyłam śliczną dziewczynkę o skórze niemal tak bladej jak moja. Siedziała na ziemi pod drzewem i bawiła się lalką. Nawet nie miałam czasu pomyśleć, skąd, u licha, wzięła się tu lalka, ponieważ stałam, zapatrzona w moją własną córkę jak w obrazek.
Dzięki eliksirowi, który wypiłam, nie wyglądała na kilkudniowe dziecko tylko na trzyletnią dziewczynę o ciemnobrązowych oczach i delikatnej cerze. Ubrana była w jasnoniebieską sukienkę, a na nogach miała ładne, białe buciki. Dobra, jednak Chris umiał ubierać dzieci. Gdy na mnie spojrzała, cały czas się zatrzymał, a my patrzyłyśmy na siebie z pozoru tymi samymi oczami, jednak jej było odrobinę jaśniejsze i można było w nich dostrzec plamki złota i brązu.
Dziewczynka stała, patrząc się pytająco na Chris’a, a on skinął głową, jakby już wcześniej ustalili jakąś kwestię. Potem ponownie zwróciła swój wzrok na mnie.
- Mama? – zapytała cicho, a ja zdziwiłam się, jak już płynnie mówi. – Wujku, czy to jest moja mama, o której mi opowiadałeś?
Chris uśmiechnął się jeszcze szerzej, a kiedy spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami, tylko uniósł wzruszył ramionami, najwyraźniej świetnie się bawiąc.
- Musiałem jej trochę o tobie opowiedzieć – mruknął na swoje wytłumaczenie, a potem zwrócił się do mojej córki. – Tak, to jest twoja mama.
Dziewczyna uśmiechnęła się, nagle całe rozpromieniona i podbiegła do mnie, skacząc tak wysoko, że bez problemu uwiesiła mi się na szyi. Stałam, jakby mnie nagle wmurowało, otwierając szeroko oczy i nie wiedząc, co mam robić. Ostatecznie jednak objęłam jej małe ciało i przytuliłam. Po pewnym czasie odskoczyła, z powrotem dotykając stopami ziemi.
- Jak mnie nazwiesz? – zapytała się. – Wujek powiedział, że jak wrócisz to nadasz mi jakieś imię, bo na razie zwraca się do mnie Aristow Junior, jakbym wiedziała, co to znaczy – przewróciła oczami z tym samym pretensjonalnym wzrokiem, co ja.
Parsknęłam śmiechem, słysząc jej pretensjonalny ton i gest, który sama wykonywałam niemal cały czas. Stała przede mną, najwyraźniej nie rozumiejąc, co takiego mnie bawi i nagle wydało mi się, że jest jeszcze dojrzalsza, niż trzyletnia dziewczynka, którą z pozoru była.
- Moja krew – zmierzwiłam jej włosy i spojrzałam na Chris’a, który również nie mógł pohamować śmiechu. – Widzisz? Od razu przechodzi do interesów, nie lubi owijać w bawełnę. Od razu widać, że to moja córka. Jest taka cały czas? – zapytałam go konspiracyjnym szeptem.
- Odkąd nauczyła się mówić – prychnął Chris. – Czyli od jakichś dwóch dni. Uczy się, kurde, tak szybko, jak Reneesme.
Zamrugałam oczami, zdziwiona.
- Kto?
Spojrzał na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
- A podobno to ja byłam martwy przez dwadzieścia lat – mruknął.
- Byłeś martwy, wujku? – dziewczynka przekręciła główkę. – Ojejku. Strasznie mi przykro. To nie mogło być przyjemne – potem go olała i znowu zwróciła się do mnie, a ja ponownie parsknęłam śmiechem, słysząc niemal samą siebie. – To jakie będzie to imię?
- Hmm… - zastanowiłam się na głos. – Mam. Vivienne.
- Dlaczego? – zapytała, krzyżując ramiona na piersi.
- Bo tak mi się podoba – uniosłam brwi.
- A jeśli mi się nie spodoba?
Schyliłam się tak, że moja twarz była na wysokości jej.
- Nie masz prawa głosu – oznajmiłam, uśmiechając się słodko.
Vivienne, jak ją przed chwilą nazwałam, zmarszczyła brwi i wyglądała, jakby się zamyśliła. Jednak po chwili ponownie się uśmiechnęła.
- Dobra – wyciągnęła do mnie dłoń, a ja zdziwiona podałam jej ją, a ona nią potrząsnęła. – Cześć, mamo. Nazywam się Vivienne, możesz mówić mi Vivi.
Przewróciłam oczami.
- Teraz ty się przedstaw – zmrużyła gniewnie oczy.
Ehh… Jakie utrapienie z tymi dziećmi.
- Cześć, Vivi. Jestem Katherine i jestem twoją matką. Ale, jak chcesz to możesz mówić mi Kath, bo już jeden typek nazywa mnie niepotrzebnie „mamą”, co mnie postarza – prychnęłam na koniec, a dziewczynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ale to, że pozwalam ci mówić sobie po imieniu, nie oznacza, że jestem super mamą i nie możesz jeść słodyczy, bo popsują ci się zęby – jej uśmiech trochę przygasł. – Żartowałam – uśmiechnęła się ponownie, lecz szybko zgasiłam jej zapał. – Słodycze możesz jeść raz na miesiąc.
- To niesprawiedliwe… - bąknęła.
- Skarbie, masz właściwie kilka dni, więc poinformuję cię: ten świat za cholerę nie jest sprawiedliwy – Chris trzepnął mnie w ramię, ale odsunęłam go od siebie. – I wara won od mojego alkoholu. Nie możesz też przeklinać, palić i ćpać. Ale za to jest plus bycia moją córką – uśmiechnęłam się. – Niedługo będziesz okropnie rozpuszczona i wredna, ponieważ mam zamiar kupować ci wszystko, na co masz ochotę, a spać możesz iść również, o której chcesz.
Uśmiechnęła się.
- Mogę chodzić do przedszkola? – zapytała słodko.
- Nie – oznajmiłam natychmiast. – Załatwię ci guwernantkę.
- Co to? – zmarszczyła brwi.
Uśmiechnęłam się, ponieważ przez chwilę zapomniałam, że dopiero dwa dni temu nauczyła się mówić i być może nie znała jeszcze wszystkich słów.
- Nic dobrego, ale dostaniesz ją dopiero w „wieku” szkolnym – przewróciłam oczami, zdając sobie sprawy, że do szkoły pójdzie już pewnie za jakiś miesiąc i to właśnie wtedy czas przestanie u niej tak szybko lecieć. – Kiedy nauczysz się odpowiednio walczyć, mogę puścić cię, co najwyżej do liceum. Jak na razie, ten świat jest dla ciebie niebezpieczny i ze względu na moją nową pozycję, niektórzy mogą szukać na mnie haka, którym jesteś ty.
- Jaką pozycję? – zapytała, a Chris spojrzał na mnie, niemo prosząc, bym nic jej nie mówiła.
Oczywiście, że miałam go gdzieś. Moja córka ma prawo wiedzieć o okropnościach tego świata.
- Zostałam demonem – postukałam się w pentagram na moim nadgarstku. – Będę zawierać pakty z duszami, a potem zabierać je do Piekła.
Vivienne uśmiechnęła się ponownie.
- Fajnie. Ja też chcę.
Zaśmiałam się.
- Przykro mi, skarbie, ale nie ma takiej opcji – znowu zmierzwiłam jej włosy. – Ale możesz ze mną obejrzeć jakiś dobry film, jak chcesz. Wiesz, umacnianie więzów i te sprawy…
- Może być. W sumie i tak nie chciałabym mordować ludzi – oznajmiła, gdy już szłyśmy w stronę sali kinowej, zostawiając Chris’a za sobą.
- Ej! Nie morduję ludzi – uśmiechnęłam się. – Ogary piekielne robią to za mnie. Wkrótce będziemy mieć takie dwa, ale ty nie będziesz ich widzieć, ponieważ dla ciebie są niewidzialne.
- To dopiero niesprawiedliwe! – zakrzyknęła, siadając na swoim fotelu. – Możemy obejrzeć Barbie?
- Nie – oznajmiłam. – Co powiesz na „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”?
- Nie znam tego.
- Wątpię, żebyś znała jakiekolwiek filmy poza Barbie – powiedziałam. – Dlaczego ten Christopher nie mógł puścić ci czegoś porządnego? Dobrze, że wróciłam.
- No – odparła, patrząc na zaczynający się film. – Lubię cię.
Zrobiło mi się ciepło na sercu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz