W
momencie, gdy wydawało się, że cały mój świat przewrócił się do góry nogami –
stał się jeszcze bardziej zakręcony. Szłam korytarzem własnego domu, teraz
jakby nieznajomego, wspierając się po prawej stronie ramieniem Christopher’a.
Uśmiechał się on do mnie zachęcająco. Wiedziałam, że chce mnie wesprzeć, jednak
byłam też świadoma tego, że nie miał pojęcia, jaki to stres poznać własne
dziecko. A jeśli mnie nie polubi? Cóż, znając moje szczęście – bez wątpienia
nie polubi.
Wreszcie
dotarliśmy do ogrodu, a ja prawie zachłysnęłam się powietrzem, kiedy zobaczyłam
śliczną dziewczynkę o skórze niemal tak bladej jak moja. Siedziała na ziemi pod
drzewem i bawiła się lalką. Nawet nie miałam czasu pomyśleć, skąd, u licha, wzięła
się tu lalka, ponieważ stałam, zapatrzona w moją własną córkę jak w obrazek.
Dzięki
eliksirowi, który wypiłam, nie wyglądała na kilkudniowe dziecko tylko na
trzyletnią dziewczynę o ciemnobrązowych oczach i delikatnej cerze. Ubrana była
w jasnoniebieską sukienkę, a na nogach miała ładne, białe buciki. Dobra, jednak
Chris umiał ubierać dzieci. Gdy na mnie spojrzała, cały czas się zatrzymał, a
my patrzyłyśmy na siebie z pozoru tymi samymi oczami, jednak jej było odrobinę
jaśniejsze i można było w nich dostrzec plamki złota i brązu.
Dziewczynka
stała, patrząc się pytająco na Chris’a, a on skinął głową, jakby już wcześniej
ustalili jakąś kwestię. Potem ponownie zwróciła swój wzrok na mnie.
-
Mama? – zapytała cicho, a ja zdziwiłam się, jak już płynnie mówi. – Wujku, czy
to jest moja mama, o której mi opowiadałeś?
Chris
uśmiechnął się jeszcze szerzej, a kiedy spojrzałam na niego z uniesionymi
brwiami, tylko uniósł wzruszył ramionami, najwyraźniej świetnie się bawiąc.
-
Musiałem jej trochę o tobie opowiedzieć – mruknął na swoje wytłumaczenie, a
potem zwrócił się do mojej córki. – Tak, to jest twoja mama.
Dziewczyna
uśmiechnęła się, nagle całe rozpromieniona i podbiegła do mnie, skacząc tak
wysoko, że bez problemu uwiesiła mi się na szyi. Stałam, jakby mnie nagle
wmurowało, otwierając szeroko oczy i nie wiedząc, co mam robić. Ostatecznie
jednak objęłam jej małe ciało i przytuliłam. Po pewnym czasie odskoczyła, z
powrotem dotykając stopami ziemi.
- Jak
mnie nazwiesz? – zapytała się. – Wujek powiedział, że jak wrócisz to nadasz mi
jakieś imię, bo na razie zwraca się do mnie Aristow Junior, jakbym wiedziała,
co to znaczy – przewróciła oczami z tym samym pretensjonalnym wzrokiem, co ja.
Parsknęłam
śmiechem, słysząc jej pretensjonalny ton i gest, który sama wykonywałam niemal
cały czas. Stała przede mną, najwyraźniej nie rozumiejąc, co takiego mnie bawi
i nagle wydało mi się, że jest jeszcze dojrzalsza, niż trzyletnia dziewczynka,
którą z pozoru była.
-
Moja krew – zmierzwiłam jej włosy i spojrzałam na Chris’a, który również nie
mógł pohamować śmiechu. – Widzisz? Od razu przechodzi do interesów, nie lubi
owijać w bawełnę. Od razu widać, że to moja córka. Jest taka cały czas? – zapytałam
go konspiracyjnym szeptem.
-
Odkąd nauczyła się mówić – prychnął Chris. – Czyli od jakichś dwóch dni. Uczy
się, kurde, tak szybko, jak Reneesme.
Zamrugałam
oczami, zdziwiona.
-
Kto?
Spojrzał
na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
- A
podobno to ja byłam martwy przez dwadzieścia lat – mruknął.
-
Byłeś martwy, wujku? – dziewczynka przekręciła główkę. – Ojejku. Strasznie mi
przykro. To nie mogło być przyjemne – potem go olała i znowu zwróciła się do
mnie, a ja ponownie parsknęłam śmiechem, słysząc niemal samą siebie. – To jakie
będzie to imię?
- Hmm…
- zastanowiłam się na głos. – Mam. Vivienne.
-
Dlaczego? – zapytała, krzyżując ramiona na piersi.
- Bo
tak mi się podoba – uniosłam brwi.
- A
jeśli mi się nie spodoba?
Schyliłam
się tak, że moja twarz była na wysokości jej.
- Nie
masz prawa głosu – oznajmiłam, uśmiechając się słodko.
Vivienne,
jak ją przed chwilą nazwałam, zmarszczyła brwi i wyglądała, jakby się
zamyśliła. Jednak po chwili ponownie się uśmiechnęła.
-
Dobra – wyciągnęła do mnie dłoń, a ja zdziwiona podałam jej ją, a ona nią
potrząsnęła. – Cześć, mamo. Nazywam się Vivienne, możesz mówić mi Vivi.
Przewróciłam
oczami.
-
Teraz ty się przedstaw – zmrużyła gniewnie oczy.
Ehh…
Jakie utrapienie z tymi dziećmi.
-
Cześć, Vivi. Jestem Katherine i jestem twoją matką. Ale, jak chcesz to możesz
mówić mi Kath, bo już jeden typek nazywa mnie niepotrzebnie „mamą”, co mnie
postarza – prychnęłam na koniec, a dziewczynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– Ale to, że pozwalam ci mówić sobie po imieniu, nie oznacza, że jestem super
mamą i nie możesz jeść słodyczy, bo popsują ci się zęby – jej uśmiech trochę
przygasł. – Żartowałam – uśmiechnęła się ponownie, lecz szybko zgasiłam jej
zapał. – Słodycze możesz jeść raz na miesiąc.
- To
niesprawiedliwe… - bąknęła.
-
Skarbie, masz właściwie kilka dni, więc poinformuję cię: ten świat za cholerę
nie jest sprawiedliwy – Chris trzepnął mnie w ramię, ale odsunęłam go od
siebie. – I wara won od mojego alkoholu. Nie możesz też przeklinać, palić i
ćpać. Ale za to jest plus bycia moją córką – uśmiechnęłam się. – Niedługo
będziesz okropnie rozpuszczona i wredna, ponieważ mam zamiar kupować ci
wszystko, na co masz ochotę, a spać możesz iść również, o której chcesz.
Uśmiechnęła
się.
-
Mogę chodzić do przedszkola? – zapytała słodko.
- Nie
– oznajmiłam natychmiast. – Załatwię ci guwernantkę.
- Co
to? – zmarszczyła brwi.
Uśmiechnęłam
się, ponieważ przez chwilę zapomniałam, że dopiero dwa dni temu nauczyła się
mówić i być może nie znała jeszcze wszystkich słów.
- Nic
dobrego, ale dostaniesz ją dopiero w „wieku” szkolnym – przewróciłam oczami,
zdając sobie sprawy, że do szkoły pójdzie już pewnie za jakiś miesiąc i to
właśnie wtedy czas przestanie u niej tak szybko lecieć. – Kiedy nauczysz się
odpowiednio walczyć, mogę puścić cię, co najwyżej do liceum. Jak na razie, ten
świat jest dla ciebie niebezpieczny i ze względu na moją nową pozycję,
niektórzy mogą szukać na mnie haka, którym jesteś ty.
-
Jaką pozycję? – zapytała, a Chris spojrzał na mnie, niemo prosząc, bym nic jej
nie mówiła.
Oczywiście,
że miałam go gdzieś. Moja córka ma prawo wiedzieć o okropnościach tego świata.
-
Zostałam demonem – postukałam się w pentagram na moim nadgarstku. – Będę
zawierać pakty z duszami, a potem zabierać je do Piekła.
Vivienne uśmiechnęła się ponownie.
- Fajnie. Ja też chcę.
Zaśmiałam się.
- Przykro mi, skarbie, ale nie ma takiej opcji –
znowu zmierzwiłam jej włosy. – Ale możesz ze mną obejrzeć jakiś dobry film, jak
chcesz. Wiesz, umacnianie więzów i te sprawy…
- Może być. W sumie i tak nie chciałabym mordować
ludzi – oznajmiła, gdy już szłyśmy w stronę sali kinowej, zostawiając Chris’a
za sobą.
- Ej! Nie morduję ludzi – uśmiechnęłam się. – Ogary
piekielne robią to za mnie. Wkrótce będziemy mieć takie dwa, ale ty nie
będziesz ich widzieć, ponieważ dla ciebie są niewidzialne.
- To dopiero niesprawiedliwe! – zakrzyknęła,
siadając na swoim fotelu. – Możemy obejrzeć Barbie?
- Nie – oznajmiłam. – Co powiesz na „Ciekawy
przypadek Benjamina Buttona”?
- Nie znam tego.
- Wątpię, żebyś znała jakiekolwiek filmy poza Barbie
– powiedziałam. – Dlaczego ten Christopher nie mógł puścić ci czegoś
porządnego? Dobrze, że wróciłam.
- No – odparła, patrząc na zaczynający się film. –
Lubię cię.
Zrobiło mi się ciepło na sercu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz