piątek, 25 września 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a



Wieść o tym, że Katherine Aristow – przywódczyni jednego z największych londyńskich klanów – nie żyje, rozeszła się niezwykle szybko. Właściwie wszyscy, prócz Christopher’a i Vivienne, wiedzieli, że tak naprawdę mam się dobrze, a nawet lepiej. Teraz, gdy o tym myślałam, wiedziałam, że Pavlo, Thoms i Casper bez wątpienia przeżywają właśnie żałobę.
Powiedziałam o tym Chris’owi, który zrobił minę „Nie pomyślałem o tym” i oparł się o blat kuchenny. Pokój dalej, w jadalni, Vivienne popijała właśnie krew przez słomkę, którą nagromadziłam tu, kiedy jeszcze byłam wampirem. Teraz wszystko zostało dla niej.
- Powinniśmy do nich zadzwonić – powiedział nagle Chris. – Albo lepiej. Pojedźmy do Kwatery.
Prychnęłam.
- I co powiemy tym wszystkim, którzy mnie zobaczą? – zapytałam ironicznie. – Że ich była przywódczyni teraz służy Piekłu? Przecież nawet my, jeszcze kilka dni temu, nie byliśmy pewni, czy ktoś taki, jak Bóg w ogóle istnieje.
- Mów za siebie – odparł naburmuszony Chris, wgapiając się w podłogę. Uśmiechnęłam się złośliwie, jednocześnie unosząc brwi. – Możemy przecież im powiedzieć, że to tylko głupie plotki i, że naprawdę masz się dobrze. To przecież nie będzie kłamstwo.
Przewróciłam oczami. Och, Chris i jego poglądy.
- Taak. Właściwie to naprawdę nie żyję i jestem pieprzonym demonem – powiedziałam, a on wzdrygnął się, jakby ponownie przeżywał moją śmierć. Z tego, co słyszałam, przez kilka godzin był święcie przekonany, że już po mnie. Nasza więź przygasła i od tamtej pory nie potrafił już słuchać moich myśli, tak samo, jak ja. Najwyraźniej przysięga dotyczyła tylko wampirów. Bez jego części duszy w sobie, czułam się teraz okropnie samotna we własnym ciele. Jakby ponownie umarł, choć tym razem śmierć nadeszła z mojej strony. Ścisnęłam jego ramię, starając się dodać mu otuchy. – Okej. Pojedziemy do Kwatery o dziesiątej, pasuje?
Spojrzał na zegar ścienny i zmarszczył brwi. Była dziewiąta trzydzieści.
- Zdążymy? – nagle znacząco spojrzał w kierunku drzwi, za którymi siedziała Vivienne. – A co z nią? Przecież jej tu nie zostawimy.
- Coś ty – parsknęłam śmiechem, opierając się o niego. – Pojedzie z nami. Czas, by nasi „poddani” ujrzeli, jakie cudowne dziecko poczęłam – roześmiał się. O to mi właśnie chodziło.
- Po za tym to moi „poddani” – prychnęłam cicho i tym razem on uśmiechnął się złośliwie. – Teraz ja jestem przywódcą. Wygryzłem cię pod twoją nieobecność, przykro mi.
- Gnojek – mruknęłam, lecz tak naprawdę było mi to obojętne. Nie byłam już wampirem, więc nie miałam żadnego prawa, by przywłaszczać sobie wampirzy klan. I tak właściwie to Christopher był jego współzałożycielem całą masę lat temu, więc należał mu się on w szczególności.
- Też cię kocham – właśnie w tym momencie do kuchni weszła Vivienne, niosąc ze sobą talerz. To uświadomiło mi, że nigdzie nie widzę pani Freydez. Najwyraźniej, kiedy byłam martwa, postanowiła udać się na urlop. Mam nadzieję, że nie zrezygnowała z pracy. Mimo jej narzekania, była niezastąpioną gosposią. – Pakuj manatki, Aristow Junior – Vivienne uniosła brwi i ja również. Chris nie słynął z nadawania ksywek. – Jedziemy do Kwatery.
Jej oczy natychmiast się zaświeciły.
- Tej, o której mi opowiadałeś? – mówiła płynniej, niż wczoraj i natychmiast zauważyłam, że nagle z trzylatki zrobiła się czterolatka. – Świetnie! Jesteś najlepszy!
- Wieem – powiedział, przeciągając sylaby, gdy się do niego przytuliła. Uśmiechnęłam się, widząc, jak Vivi ma dobre relacje z Chris’em.
- Ty też, mamo – dodała jednak natychmiast, przytulając się też do mnie. – Żebyś nie czuła się urażona. Będziesz najlepszą mamą na świecie, prawda?
Nie mogłam uwierzyć, że znamy się właściwie dwa dni.
- Przecież już jestem – Vivi uśmiechnęła się szeroko. – I mówiłam ci, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. „Mamo” mnie postarza.
Christopher prychnął cicho i przewrócił oczami. Olałam go.
- Ale ten mój brat, jak mu tam było, może tak do ciebie mówić – zrobiła nachmurzoną minę. – To kompletnie niesprawiedliwe. I za nim coś powiesz… Tak, wiem. Nie wiem, czym jest sprawiedliwość, bo jestem tylko kilkudniowym dzieckiem.
Kąciki ust same mi się podniosły.
- Nie może tak mówić, ale jest już duży i raczej nie mogę mu tego zabronić.
- Przecież jesteś mamą – zamrugała oczami, nie rozumiejąc. – To nie sprawia, że masz władzę?
- Mam władzę, czy jestem mamą, czy nie, kochanie – zaśmiałam się. – Ale skoro się upierasz… Możesz mi mówisz „najlepsza pod słońcem, kochana mamusiu” .
- Okej, najlepsza pod słońcem, kochana mamusiu – przytuliła się do mnie ponownie, a ja i Chris wymieniliśmy znaczące spojrzenia, nie ukrywając rozbawienia. Nagle jednak się ode mnie oderwała, zeskoczyła na ziemię i zerknęła na mnie uważnie. – Ale powiedz mi, najlepsza pod słońcem, kochana mamusiu, gdzie jest mój tata?
Kurwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz