piątek, 25 września 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a



Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Kompletnie mnie zatkało. Cholera, ona ma dopiero kilka dni i już musi czepiać się takich szczegółów jak nieobecność ojca! No, dobra, to może nie do końca był szczegół, ale tak czy inaczej nie wiedziałam, co odpowiedzieć? „Kochanie, nie mam bladego pojęcia, gdzie podział się ten stary zgred, bo zostawił mi tylko jakiś pieprzony liścik, który na dodatek nic mi nie wytłumaczył”? Tak, to bez wątpienia będzie subtelne.
- Ja… Tak… No… - po raz pierwszy od bardzo, bardzo wielu lat zająknęłam się przy wypowiedzi. I to nie byle jak się zająknęłam, bo po prostu nie mogłam z siebie nic wydusić. Co to macierzyństwo ze mną robi? – Tak, właśnie tak – pokiwałam głową, jakby wszystko było w porządku i spojrzałam na zegar. – Patrzcie, która godzina! Musimy iść. Thomas i Pavlo są coraz bliżej samobójstwa, ponieważ utracili moją niezwykle ważną i kochaną osobę – Christopher uniósł brwi, jakby całkowicie nie zgadzał się z tym, co przed chwilą powiedziałam, ale nie skomentował. – Musimy wyprowadzić ich z błędu! – oznajmiłam hardo i, nie oglądając się za siebie, wyszłam z domu.
I nagle o wszystkim innym zapomniałam.
Musieliśmy jechać do Kwatery… Tak, nie iść. Jechać…
Mój wzrok powędrował tęsknie w kierunku garażu. Czas jakby się zatrzymał, gdy moje nogi automatycznie powędrowały w jego stronę. Za nim się obejrzałam stałam już przed tym wspaniałym miejscem, moją świątynią. Poczułam na plecach rozbawiony wzrok Christophera i nieogarniający niczego wzrok Vivienne, ale kompletnie ich olałam. Bo oto nastała ta chwila…
Kilka haseł i kodów później go ujrzałam. Krwistoczerwony lakier błyszczał się w świetle słońca, a srebrne światła wyglądały tak, jakby patrzyły na mnie z tęsknotą i miłością. Nie dziwiłam im się. Sama patrzyłam tak samo.
Czas przyśpieszył, a ja podbiegłam do McLarena F1, najlepszego wynalazku pod słońcem, i przytuliłam jego maskę z wielką czułością.
- Mamusia jest już w domu, kochanie – pogładziłam go delikatnie. – Mamusia cię już nie opuści, nigdy. Przyrzekam. Nie masz pojęcia, jak bardzo mi ciebie brakowało…
Mc nie odezwał się, ale nie liczyłam na to. W końcu przez całe swoje życie był jakiś milczący. Za to Vivienne nie mogła się pohamować.
- Czy z nią jest wszystko w porządku? – mruknęła, chyba do Christophera. – Mamo, czy to jest mój brat uwięziony w ciele samochodu? – nie czekała na odpowiedź. – Faajnie.
Wreszcie odsunęłam się od maleństwa i obrzuciłam ją wzrokiem pełnym dezaprobaty.
- To nie jest samochód, skarbie. To coś znacznie więcej – uspokoiłam się i zerknęłam na nich, starając się wyglądać nonszalancko. – To co? Wsiadacie czy nie?


Jakieś piętnaście minut później zaparkowaliśmy przed budynkiem Kwatery. Niesamowitym uczuciem było ponownie trzymać tą delikatną, ale skórzaną kierownicę. Gdy staliśmy na światłach, przytuliłam się policzkiem do szyby, czym zarobiłam sobie u Christophera prychnięcie. Vivienne musiała jechać na jego kolanach, ponieważ Mc był dwuosobowy. To przyprawiło go lekką irytację, którą zbyłam.
- Eh, Kwatera – mruknęłam, patrząc na budowlę wznoszącą się nade mną. – Najnudniejsze lata mojego życia w pigułce, normalnie.
Christopher uniósł brwi.
- Myślałem, że lubisz swoją pracę – zauważył.
- Bo lubię. Lubiłam – poprawiłam się. – Tyle, że tą część pracy, kiedy siedzę w domu, w swoim biurze. W tym zawsze było mi zbyt ciasno – pokręciłam głową, jakbym sama nie mogła w to uwierzyć. – Dobra, rozkręćmy tą imprezę.
Weszliśmy do środka. Korytarze, były puste, co dziwne. Jednak szybko znalazłam ku temu powód. Gdy stanęliśmy przed drzwiami sali konferencyjnej łamanej na balową łamanej na ogłoszeniową, usłyszałam głos Thomasa, przepełniony żalem.
- Bardzo przykro mi, że Christopher’a z niewiadomych powodów nie ma z nami w ten wyjątkowo smutny dzień, ale jestem pewien, że jeszcze dochodzi do siebie – pociągnął nosem. – Katherine była dla nas kimś ważnym i bez wątpienia zapamiętamy ją jako…
- Wredną sukę? – mruknął ktoś z tyłu sali, a ja niemal usłyszałam groźne spojrzenie Thomasa i poczułam chęć zabicia tego typka przez Pavla. Oh, chłopaki. Zawsze tacy lojalni.
- No, ej, to nie było miłe – powiedziałam wchodząc do sali. Boże, kochałam wielkie wejścia. Wszystkie głowy zwróciły się w moją stronę. Kilka wampirów zachłysnęło się powietrzem, co było dziwne, ponieważ byli technicznie rzecz biorąc martwi. Spojrzałam na gościa, od którego wyszła ta wyjątkowo nieprzyjemna uwaga i pokiwałam w jego stronę groźnie palcem. – Nie ładnie, Brian. Mówić tak brzydko o byłej przywódczyni w dzień jej – rozejrzałam się dookoła, starając się ogarnąć, o co tutaj chodzi – chyba pogrzebu? Czy tam uczczenie pamięci? Kurde, to i tak to samo – przewróciłam oczami, a później machnęłam dłonią, a Brian zaczął krwawić z oczu, nosa i uszu, a po chwili padł martwy na ziemię. – Wow, nie wiedziałam, że tak potrafię.
- Suuper – za mną rozległ się głos Viv, która stała i patrzyła jak zahipnotyzowana w martwego gościa, bez cienia przerażenia czy obrzydzenia. No, nie. Wyrośnie mi mała sadystka. Naprawdę niedaleko pada jabłko od jabłoni.
- Kath? – Thomas zszedł z podium i po chwili znalazł się przede mną. – To naprawdę ty?
Przewróciłam oczami. Jakie to było teatralne.
- No, a kto? – uśmiechnęłam się lekko. – Chyba, że porwali mnie kosmici i wszczepili mi jakiś chip, który sprawił, że zaczęłam zachowywać się, jak chcą, kompletnie nie mając o tym pojęcia.
- Tak – zaśmiał się, jakby nadal nie dowierzał. – To naprawdę ty – objął mnie tak mocno, że gdybym nadal żyła, zmiażdżyłby mi kości. Odwzajemniłam uścisk z równą siłą. Jednak nie trwałam w nim długo, bo w pewnym momencie ktoś odepchnął tak mocno Thomasa, że ten wpadł na ścianę.
Zachichotałam. Nie ktoś, a Pavlo. Teraz i on przytulał mnie z podwójną siłą.
- Cholera, kobieto, nie wierzę! – krzyknął, nie puszczając mnie.
Po kilku chwilach, kiedy wreszcie mogłam się od nich odsunąć, ich zdziwiony wzrok padł na Vivienne, jakby dopiero zdali sobie sprawę z jej obecności.
- To jest Vivienne, moja córka – przedstawiłam ją, a oni wręcz nie mogli utrzymać swoich gęb normalnie, tylko rozdziawili je, jakby nigdy w życiu nie widzieli dziecka.
- Jesteście nieznajomi, ale mama nigdy nie czuła mnie, bym nie rozmawiała z nieznajomymi, więc chyba mogę się przywitać – uniosła dłoń i pomachała nią. – No, to cześć. Teraz możemy już iść?
- Nie ma takiej opcji – Pavlo uśmiechnął się szelmowsko i za nim się obejrzałam, trzymał już w dłoni butelkę whiskey. – Ta stypa została właśnie zmieniona na imprezę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz