Nie
wiedziałam, co odpowiedzieć. Kompletnie mnie zatkało. Cholera, ona ma dopiero
kilka dni i już musi czepiać się takich szczegółów jak nieobecność ojca! No,
dobra, to może nie do końca był szczegół, ale tak czy inaczej nie wiedziałam,
co odpowiedzieć? „Kochanie, nie mam bladego pojęcia, gdzie podział się ten
stary zgred, bo zostawił mi tylko jakiś pieprzony liścik, który na dodatek nic
mi nie wytłumaczył”? Tak, to bez wątpienia będzie subtelne.
-
Ja… Tak… No… - po raz pierwszy od bardzo, bardzo wielu lat zająknęłam się przy
wypowiedzi. I to nie byle jak się zająknęłam, bo po prostu nie mogłam z siebie
nic wydusić. Co to macierzyństwo ze mną robi? – Tak, właśnie tak – pokiwałam głową,
jakby wszystko było w porządku i spojrzałam na zegar. – Patrzcie, która
godzina! Musimy iść. Thomas i Pavlo są coraz bliżej samobójstwa, ponieważ
utracili moją niezwykle ważną i kochaną osobę – Christopher uniósł brwi, jakby
całkowicie nie zgadzał się z tym, co przed chwilą powiedziałam, ale nie
skomentował. – Musimy wyprowadzić ich z błędu! – oznajmiłam hardo i, nie
oglądając się za siebie, wyszłam z domu.
I
nagle o wszystkim innym zapomniałam.
Musieliśmy
jechać do Kwatery… Tak, nie iść. Jechać…
Mój
wzrok powędrował tęsknie w kierunku garażu. Czas jakby się zatrzymał, gdy moje
nogi automatycznie powędrowały w jego stronę. Za nim się obejrzałam stałam już
przed tym wspaniałym miejscem, moją świątynią. Poczułam na plecach rozbawiony
wzrok Christophera i nieogarniający niczego wzrok Vivienne, ale kompletnie ich
olałam. Bo oto nastała ta chwila…
Kilka
haseł i kodów później go ujrzałam. Krwistoczerwony lakier błyszczał się w
świetle słońca, a srebrne światła wyglądały tak, jakby patrzyły na mnie z
tęsknotą i miłością. Nie dziwiłam im się. Sama patrzyłam tak samo.
Czas
przyśpieszył, a ja podbiegłam do McLarena F1, najlepszego wynalazku pod słońcem,
i przytuliłam jego maskę z wielką czułością.
-
Mamusia jest już w domu, kochanie – pogładziłam go delikatnie. – Mamusia cię już
nie opuści, nigdy. Przyrzekam. Nie masz pojęcia, jak bardzo mi ciebie brakowało…
Mc
nie odezwał się, ale nie liczyłam na to. W końcu przez całe swoje życie był
jakiś milczący. Za to Vivienne nie mogła się pohamować.
-
Czy z nią jest wszystko w porządku? – mruknęła, chyba do Christophera. – Mamo,
czy to jest mój brat uwięziony w ciele samochodu? – nie czekała na odpowiedź. –
Faajnie.
Wreszcie
odsunęłam się od maleństwa i obrzuciłam ją wzrokiem pełnym dezaprobaty.
-
To nie jest samochód, skarbie. To coś znacznie więcej – uspokoiłam się i
zerknęłam na nich, starając się wyglądać nonszalancko. – To co? Wsiadacie czy
nie?
Jakieś
piętnaście minut później zaparkowaliśmy przed budynkiem Kwatery. Niesamowitym
uczuciem było ponownie trzymać tą delikatną, ale skórzaną kierownicę. Gdy
staliśmy na światłach, przytuliłam się policzkiem do szyby, czym zarobiłam
sobie u Christophera prychnięcie. Vivienne musiała jechać na jego kolanach, ponieważ
Mc był dwuosobowy. To przyprawiło go lekką irytację, którą zbyłam.
-
Eh, Kwatera – mruknęłam, patrząc na budowlę wznoszącą się nade mną. –
Najnudniejsze lata mojego życia w pigułce, normalnie.
Christopher
uniósł brwi.
-
Myślałem, że lubisz swoją pracę – zauważył.
-
Bo lubię. Lubiłam – poprawiłam się. – Tyle, że tą część pracy, kiedy siedzę w
domu, w swoim biurze. W tym zawsze było mi zbyt ciasno – pokręciłam głową,
jakbym sama nie mogła w to uwierzyć. – Dobra, rozkręćmy tą imprezę.
Weszliśmy
do środka. Korytarze, były puste, co dziwne. Jednak szybko znalazłam ku temu
powód. Gdy stanęliśmy przed drzwiami sali konferencyjnej łamanej na balową
łamanej na ogłoszeniową, usłyszałam głos Thomasa, przepełniony żalem.
-
Bardzo przykro mi, że Christopher’a z niewiadomych powodów nie ma z nami w ten
wyjątkowo smutny dzień, ale jestem pewien, że jeszcze dochodzi do siebie –
pociągnął nosem. – Katherine była dla nas kimś ważnym i bez wątpienia
zapamiętamy ją jako…
-
Wredną sukę? – mruknął ktoś z tyłu sali, a ja niemal usłyszałam groźne
spojrzenie Thomasa i poczułam chęć zabicia tego typka przez Pavla. Oh,
chłopaki. Zawsze tacy lojalni.
-
No, ej, to nie było miłe – powiedziałam wchodząc do sali. Boże, kochałam
wielkie wejścia. Wszystkie głowy zwróciły się w moją stronę. Kilka wampirów
zachłysnęło się powietrzem, co było dziwne, ponieważ byli technicznie rzecz
biorąc martwi. Spojrzałam na gościa, od którego wyszła ta wyjątkowo
nieprzyjemna uwaga i pokiwałam w jego stronę groźnie palcem. – Nie ładnie,
Brian. Mówić tak brzydko o byłej przywódczyni w dzień jej – rozejrzałam się
dookoła, starając się ogarnąć, o co tutaj chodzi – chyba pogrzebu? Czy tam
uczczenie pamięci? Kurde, to i tak to samo – przewróciłam oczami, a później
machnęłam dłonią, a Brian zaczął krwawić z oczu, nosa i uszu, a po chwili padł
martwy na ziemię. – Wow, nie wiedziałam, że tak potrafię.
-
Suuper – za mną rozległ się głos Viv, która stała i patrzyła jak zahipnotyzowana
w martwego gościa, bez cienia przerażenia czy obrzydzenia. No, nie. Wyrośnie mi
mała sadystka. Naprawdę niedaleko pada jabłko od jabłoni.
-
Kath? – Thomas zszedł z podium i po chwili znalazł się przede mną. – To naprawdę
ty?
Przewróciłam
oczami. Jakie to było teatralne.
-
No, a kto? – uśmiechnęłam się lekko. – Chyba, że porwali mnie kosmici i
wszczepili mi jakiś chip, który sprawił, że zaczęłam zachowywać się, jak chcą, kompletnie
nie mając o tym pojęcia.
-
Tak – zaśmiał się, jakby nadal nie dowierzał. – To naprawdę ty – objął mnie tak
mocno, że gdybym nadal żyła, zmiażdżyłby mi kości. Odwzajemniłam uścisk z równą
siłą. Jednak nie trwałam w nim długo, bo w pewnym momencie ktoś odepchnął tak
mocno Thomasa, że ten wpadł na ścianę.
Zachichotałam.
Nie ktoś, a Pavlo. Teraz i on przytulał mnie z podwójną siłą.
-
Cholera, kobieto, nie wierzę! – krzyknął, nie puszczając mnie.
Po
kilku chwilach, kiedy wreszcie mogłam się od nich odsunąć, ich zdziwiony wzrok
padł na Vivienne, jakby dopiero zdali sobie sprawę z jej obecności.
-
To jest Vivienne, moja córka – przedstawiłam ją, a oni wręcz nie mogli utrzymać
swoich gęb normalnie, tylko rozdziawili je, jakby nigdy w życiu nie widzieli dziecka.
-
Jesteście nieznajomi, ale mama nigdy nie czuła mnie, bym nie rozmawiała z
nieznajomymi, więc chyba mogę się przywitać – uniosła dłoń i pomachała nią. –
No, to cześć. Teraz możemy już iść?
-
Nie ma takiej opcji – Pavlo uśmiechnął się szelmowsko i za nim się obejrzałam,
trzymał już w dłoni butelkę whiskey. – Ta stypa została właśnie zmieniona na
imprezę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz