piątek, 4 września 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a



Słońce wdarło się w szparę między zasłonami i zaczęło głaskać mnie po twarzy swoimi promieniami. Było mi przyjemnie i błogo. Każdy dzień zaczynałam właśnie w ten sposób. I w każdy taki dzień powtarzałam sobie, że najprawdopodobniej jestem najszczęśliwszą  kobietą na świecie. Bo czego można, by nie kochać w moim życiu?
- Andre? – szepnęłam sennie i poszukałam dłonią mojego wspaniałego męża. Jednak go nie było. Leżałam w jedwabnej pościeli samotnie, słysząc tylko w głowie jego głos z poprzedniej nocy mówiący, że jestem najcudowniejszą istotą pod Słońcem. To właśnie powtarzał mi przed snem dzień w dzień, od kiedy wzięliśmy ślub.
- Tutaj, kochana! – zawołał z drugiego pokoju. Nie rozumiałam, jak mógł usłyszeć mój cichy głos przez te grube ściany, jednak nie przejmowałam się tym zbytnio. Nie w tamtym czasie. W tamtym czasie tylko wstałam, uśmiechając się szeroko i truchtem pognałam w ramiona ukochanego. – Czekałem, aż się obudzisz. Mam dla ciebie prezent.
- Jaki prezent, najdroższy? – zapytałam. Andre ciągle sprawiał mi niespodzianki, jednak w jego głosie usłyszałam, że ten jest naprawdę wyjątkowy. – Wiesz,  że ty mi wystarczysz.  Nie potrzebuję żadnych prezentów.
- Chcę dawać ci wszystko, co najlepsze, pani Lemarie – musnął nosem moją szyję, a ja zadrżałam od jego dotyku. W jego oczach widać było głód. Myślałam, że oznacza to pożądanie, jednak później się przeliczyłam. To był prawdziwy, zwierzęcy głód. – Ten prezent bez wątpienia odmieni nasze życie. Spodoba ci się.
- Tak? – nie mogłam powstrzymać rumieńca. Zawsze się czerwieniłam, gdy patrzył na mnie w ten sposób. Jakbym była kimś więcej. Kimś, kto jest w stanie dokonać wielkich czynów. – To pokaż mi go. Nie mogę już się doczekać.
Andre pocałował mnie, a raczej cmoknął, w usta i wstał z fotela. Podszedł do komody tak szybkim krokiem, że mogłabym przysiąc, iż rozmył mi się przed oczami. Zamrugałam kilka razy, jednak on był już z powrotem obok mnie, trzymając naczynie wypełnione po brzegi czerwoną, gęstą cieczą. Podał mi je, a ja niepewnie wzięłam owy „prezent” w dłonie.
- Boże, Andre… To chyba nie jest… - do mojego nosa dotarł metaliczny zapach. – Krew! Andre! Coś ty wymyślił!? Czy ona jest ludzka?
- Owszem – pogładził mnie po policzku, jednak tym  razem napięłam się pod jego dotykiem.  – Katherine, przyda ci się ona. Zaraz po przemianie będziesz bardzo głodna.
- Głodna? Po przemianie? – spojrzałam na niego, jakbym widziała go po raz pierwszy. – Co ty bredzisz!?
- Wszystko będzie dobrze – ponownie musnął nosem moją szyję. Starałam się mu wyrwać, jednak był zbyt silny.
Spojrzałam  na niego i ujrzałam potwora. Jego piękne, jasnozielone oczy lśniły niebezpiecznie, a z dziąseł wystawały mu długie, ostre kły. Krzyknęłam, lecz zakrył mi dłonią usta, a drugą położył na mojej talii. Przybliżył swoje  usta do mojej szyi i zaczął wolno kreślić kółka językiem wokół mojej tętnicy.  Wreszcie zdarzyło się nieuniknione. Andre wgryzł się we mnie, a ja poczułam najgorszy ból. Im dłużej chłeptał moją krew, tym bardziej ból gasł, a na jego miejsce wchodziło  coś innego... Przyjemność? Nie! Nie mogłam czuć przyjemności, kiedy mój mąż okazał się być potworem, który zamierzał mnie zabić.
Słyszałam wcześniej o wampirach, jednak urodziłam się w religijnej rodzinie i uznałam to za stek bzdur. A tu właśnie okazało się, że tą bestią była najbliższa mi osoba na całym świecie. W tym momencie bardziej, niż ból fizyczny odczuwałam udrękę związaną z tą zdradą. Dlaczego mi nie powiedział?
Lecz po chwili nie byłam już w stanie o niczym myśleć, ponieważ nastąpiła ciemność.


Niewidzialne ogary piekielne rzuciły się na mnie z prędkością większą, niż był w stanie osiągnąć nawet najszybszy wampir. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, jednak pozostałam świadoma.
Jeden z nich wgryzł mi się w ramię i szarpał nim tak mocno, że po chwili już go nie czułam. Drugi zajął się moimi nogami, rozrywając wszystkie tkanki, tak, że leżałam sparaliżowana.
Następnie oba ogary wgryzły się w moją klatkę piersiową. Nie jadły mnie, tak jak powiedział Lucyfer. Och, nie. One rozdzierały mnie na strzępy. Kawałek po kawałeczku.
Nie byłam w stanie krzyczeć, ponieważ któryś z nich chyba rozerwał mi struny głosowe. Tak, gdy przestali już rozdzierać mój brzuch, zabrali się za szyję i głowę.
Starałam się myśleć o czymś innym. O czymś takim, by tylko nie czuć tego cholernego bólu. Mimowolnie moje myśli powędrowały do dywanu, który miałam pod sobą. Cholera! Raczej masa krwi i moje wnętrzności się nie spiorą. Będzie się nadawał do wyrzucenia. A był taki dobry. Perski. Będzie mi go brakować.
Czy naprawdę przemiana w demona jest taka bolesna? Muszą mnie najpierw zabić, żeby mianować mnie wysłanniczką Szatana?  Tylko co się wtedy stanie z moim ciałem? I dlaczego nie  mogli znaleźć innego, przyjemniejszego sposobu, na śmierć!?
Zadawałam coraz to nowe pytania. I z nimi właśnie powędrowałam do grobu. Ostatnią myślą było „Gdzie, do cholery, jest Jev!?”, a potem ja, Katherine Elisabeth Aristow, zniknęłam ze świata żywych.


Moje zmysły mnie przytłaczały. Pragnęłam uwolnić się z tej klatki – mojego własnego ciała. Pierwszy oddech przyniósł tylko ból, ponieważ  powietrzu unosił się słodki zapach krwi. Już nie przypominał on metalicznego i przyprawiającego o mdłości. Pachniał jak najcudowniejsza ambrozja.
Gdy tylko uchyliłam powieki, dostrzegłam miliony rzeczy, których nie zauważałam wcześniej. Maleńkie, wręcz mikroskopijne, pyłki kurzu latały w powietrzu, a na suficie było więcej rys, niż sądziłam do tej pory.
Ale nie zachwycałam się swoimi nowymi umiejętnościami. Byłam teraz martwa. Czułam się obojętna na to, co się ze mną stało. Jednak musiałam pomścić moją śmiertelność. Mój ukochany musiał zapłacić za to, że zrobił ze mnie potwora.
- Kochana, widzę, że już się obudziłaś – pogładził dłonią moją twarz. -  Nie musisz dziękować. Teraz możemy być na wieki razem.
Wtedy nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będę pragnąć mu podziękować za moją przemianę. Dzięki niej odkryłam czym jest prawdziwe życie. W tamtych czasach jednak tylko zacisnęłam gniewnie szczęki i podniosłam się do pionu.
Okno było uchylone, a na parapecie siedział gołąb, który przestraszył się mojego nagłego ruchu i uciekł. Wkrótce podążyłam jego  śladem.
Andre nie zdołał mnie powstrzymać.


Byłam nieprzytomna, a jednak czułam jak moje części, rozerwane przez ogary, składają się powoli do kupy. Bolało to niemiłosiernie, jednak nie byłam w stanie krzyczeć. Nie wiedziałam, który ból był gorszy – rozrywanie, czy przywracanie ciała do poprzedniej formy. A wydawało się to trwać wieki. Jednak, jak wszystko – w końcu się skończyło, a ja odczułam ulgę.
Gdy się obudziłam, poczułam się niewyobrażalnie pusta i jednocześnie pełna. Nie miałam już mojej wampirzej siły, jednakże nabrałam nowej, większej mocy. W tym momencie odczułam, że wampiry nie miały, co nawet się równać z demonami. Te drugie przewyższały je o stokroć i nie miały żadnych ograniczeń.
- Co teraz potrafię? – zapytałam, doskonale zdając sobie sprawę z obecności Lucyfera. Leżałam, zakopana w miękkiej  pościeli. Było mi niezwykle wygodnie i mogłam  przysiąc, że łóżko, na którym leżałam, było o wiele wygodniejsze, niż to w moim domu.
- Nie musisz się teraz żywić. Niczym. Jesteś martwa w stu procentach – wyczułam w jego głosie uśmiech. – Jednak ma to swoje plusy. Jesteś o wiele silniejsza i  szybsza, niż wampiry. A twoja moc jest nieporównywalna do poprzedniej. Wtedy władałaś tylko telekinezą i od czasu do czasu praktykowałaś magię czarownic. Teraz możesz wszystko – cmoknął głośno. – Lecz niektóre rzeczy są zwyczajnie zakazane. Mogłabyś przywrócić do życia zmarłego, jednak poniosłabyś za to  karę. Banicję. Rozumiesz… Demony początkowo były upadłymi aniołami i mogłoby się wydawać, że niżej zejść już nie mogą. To jednak nie jest prawdą. Demony, które złamały zasady, stają się tylko Cieniami – istotami, które żywią się ludzką niedolą. Są one skazane na wieczne potępienie i, uwierz mi, nie chcesz dołączyć do ich grona.
- Są czymś w stylu dementorów? – mruknęłam, otwierając oczy. Podniosłam się do pozycji siedzącej i odkryłam, że leżę zakopana w krwistoczerwonym prześcieradle. Ogromne łóżko miało baldachim tego samego koloru, co pościel. Znajdowałam się w wielkim, czarnym pokoju. Tylko meble były tu w kolorze czerwonego diamentu. Pod ścianą stała długa półka z książkami i gdy przejechałam po niej wzrokiem, okryłam same bestsellery i białe kruki. Oczywiście, Sherlock Holmes również miał tam swoje, honorowe miejsce. Oprócz tego była tu wielka szafa i dwoje drzwi, które najprawdopodobniej prowadziły do wyjścia i do łazienki. – Niech zgadnę. To mój własny apartament w Piekle?
- Możesz go dobrowolnie przemeblowywać – oznajmił Szatan, wstając z fotela, na którym siedział. Ten po sekundzie rozpłynął się w powietrzu. – W szafie znajdują się różne ubrania, oczywiście w mroczniejszych kolorach. Kiedy będziesz wykonywała swoją pracę, takie barwy będą na tobie mile widziane. 
- Taki strój roboczy? – zadrwiłam.
Uśmiechnął się lekko.
- Można tak to ująć – podszedł do mnie i chwycił  mnie za prawą dłoń. Uniosłam brwi, lecz nie wyrwałam się. Obrócił ją tak, że była spodem do mnie. Prawie zachłysnęłam się powietrzem, gdy zobaczyłam na swoim nadgarstku wytatuowany czarnym tuszem pentagram. Już miałam coś powiedzieć, jednak zostałam uprzedzona. – Wyrysowałem ci go na skórze zaraz po twojej śmierci. Twoje ciało zaczęło się leczyć, ponieważ od tamtego momentu zostałaś demonem. Regenerowałaś się około szesnastu godzin. Do tego czasu zdążyłem skontaktować  się z twoim bratem i powiadomić go o twoim aktualnym stanie. Czeka na ciebie w twoim domu, ponieważ nie mógł przyjść tutaj. To w końcu Piekło – uśmiechnął się przebiegle. -  Ubierz się w coś i możesz lecieć do swojej rodzinki. Odwiedzę cię jutro wieczorem. Wtedy dokładnie przedstawię ci, czym będziesz się zajmować – zaczął wycofywać się w kierunku drzwi. – Do Londynu możesz się zwyczajnie teleportować. Do zobaczenia – wyszedł,  a ja zostałam sama, dręczona myślami o mojej nowej rzeczywistości, która jeszcze wczoraj była mi odległa.

Miesiąc później borykałam się z wielkim problemem.
Pragnęłam jednocześnie zemsty na Andre, jednak zbyt mocno go kochałam, by go skrzywdzić. Morderstwo nie wchodziło w grę, ponieważ był ode mnie o wiele silniejszy, a ja wciąż byłam młodym wampirem, nie do końca rozumiejącym swoje nowe położenie. Byłam tak strasznie zagubiona, że chyba wypłakałam z siebie całą wodę, aż wreszcie nie zostało nic i tylko siedziałam godzinami, patrząc jak dzień zmienia się w noc. To był piękny widok, ale z każdą chwilą byłam coraz bardziej zmęczona i traciłam coraz więcej energii. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała się pożywić, jednak obawiałam się, że przy tym moje poprzednie życie dobiegnie końca, zabierając życie niewinnemu człowiekowi i stając się prawdziwym potworem.
I pewnego dnia wyszłam z mojej kryjówki, na granicach Francji. Ubrałam się w błękitną suknię i dobrałam do niej wspaniały naszyjnik. Zdjęłam z palca diamentowy pierścionek, a następnie raz na zawsze się go pozbyła, wrzucając go do ścieków.
Byłam jak ptak, którego wypuszczono z klatki, ale nie do końca, ponieważ ten ptak ciągle latał po domu, czekając, aż ktoś otworzy okno, by mógł w pełni uciec z ludzkiej niewoli. Następny miesiąc myślałam, że to okno muszę otworzyć sama, co nie było proste. Myliłam się.
Tuż po powrocie z Moskwy i dowiedzeniu się o tym, że moi rodzice nie żyją, udałam się do Madrytu. Wtedy właśnie zaczynałam swoją wielką, życiową podróż.
Byłam na balu u jakiegoś hrabiego. Tańczyłam z mężczyznami, szukając bratniej duszy, kogoś, kto pomógłby mi w trudnych chwilach. Chciałam związać się na nowo, choć nadal kochałam Andre. Pragnęłam o nim zapomnieć.
Stałam na tarasie, zażywając świeżego powietrza. Przymknęłam na chwilę oczy i przypomniałam sobie moje wesele z Andre. Było bardziej huczne, niż ten bal. Na samą myśl o tym, uśmiechnęłam się. To był chyba najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Przynajmniej do tamtej chwili, gdy drzwi tarasowe się otworzyły, a ja poczułam wampirzą aurę.
Odwróciłam się gwałtownie i omiotłam spojrzeniem mężczyznę. Był przystojny, może nawet przystojniejszy od Andre. Miał ciemnobrązowe włosy, chabrowe oczy i brytyjskie rysy. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szczerze.
- Nie spodziewałem się spotkać tu swoich – zaczął rozmowę, utwierdzając mnie w przekonaniu swoim akcentem, że jest Brytyjczykiem. – Miło mi panią poznać. Nazywam się Christopher Hastings.
- Nie sądzę, bym miała powód, by się panu przedstawiać, panie Hastings – uśmiechnęłam się sztucznie. – Jeśli nie ma pan nic przeciwko to wolałabym pobyć sama.
- A gdybym jednak miał coś przeciwko? – założył ręce na klatce piersiowej.
- To musiałabym uświadomić panu, że to było pytanie retoryczne – skinęłam głową na znak, żeby odszedł. On  jednak nie wyglądał na osobę, która łatwo się poddaje.
- To nie było pytanie – obdarzył mnie szerokim uśmiechem.
Mimowolnie go odwzajemniłam, spoglądając na ludzi pośpiesznie przechodzących po ulicach. Noc na  pewno nie była spokojna. Tuż pod naszymi stopami śmiertelnicy bili się o wejście na bal u hrabiego. Dosłownie dochodziło do bójek.
- Katherine Aristow – powiedziałam w końcu. – Mam nadzieję, że to pana usatysfakcjonuje.


„Zwyczajnie teleportować”. Jakby to było takie proste.
Najpierw zmieniłam moją białą koszulę, jakby szpitalną, na jakąś czarną sukienkę z szafy i skórzaną kurtkę. Najwyraźniej Lucyfer rozkazywał mi zmienić image. Nie żebym narzekała. Przecież to nie tak, że mam cały czas chodzić na czarno. Chyba.
Po tych kilku minutach postanowiłam się wreszcie postarać o powrót do domu. Postarałam się pomyśleć o tym, gdzie się chcę przenieść, jakby to była jazda na rowerze. Niestety, nie umiałam jeździć na rowerze. A przynajmniej nigdy tego nie próbowałam.
Jakąś chwilę później poczułam głębokie zasycanie i za nim się obejrzałam stałam na swoim ganku. Uśmiechnęłam się, dumna ze swoich nowych umiejętności i otworzyłam drzwi.
Nawet nie zdążyłam połapać się, co się dzieje, a Christopher chwycił mnie w ramiona i przytulił tak mocno, że gdybym nie była martwa, mógłby mnie udusić.
- Tak, też tęskniłam – wychrypiałam, klepiąc go po plecach.
- Nawet nie wiesz, jak się martwiłem – spojrzał na mnie swoimi niespokojnymi oczami w najpiękniejszym kolorze pod słońcem. – Jeśli jeszcze raz…
- Odważę się umrzeć? – parsknęłam śmiechem. – Tak… To nie jest przyjemne doświadczenie. Uwierz mi. Szczególnie, gdy byłam rozszarpywana na kawałki.
Skrzywił się .
- Zamknij się – ponownie mnie przytulił. – Nie chcę o tym już słuchać.
Przewróciłam oczami, jakby umieranie nie było wcale taką wielką rzeczą. Jakby przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny nie zmieniło się, aż tak wiele. Jakbym nie zmieniła się w demona, który od teraz miał zabierać życie niewinnych śmiertelników. Cóż. Po głębszym zastanowieniu zmieniło się tylko to, że nie jestem już wampirem.
- Chodź – oznajmił nagle, odrywając się ode mnie i ciągnąc mnie w kierunku ogrodu. – Myślę, że ktoś chce cię poznać.
Cholera.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz