Słońce wdarło się w szparę między zasłonami i
zaczęło głaskać mnie po twarzy swoimi promieniami. Było mi przyjemnie i błogo.
Każdy dzień zaczynałam właśnie w ten sposób. I w każdy taki dzień powtarzałam
sobie, że najprawdopodobniej jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Bo czego można, by nie
kochać w moim życiu?
- Andre? – szepnęłam sennie i poszukałam
dłonią mojego wspaniałego męża. Jednak go nie było. Leżałam w jedwabnej pościeli
samotnie, słysząc tylko w głowie jego głos z poprzedniej nocy mówiący, że
jestem najcudowniejszą istotą pod Słońcem. To właśnie powtarzał mi przed snem
dzień w dzień, od kiedy wzięliśmy ślub.
- Tutaj, kochana! – zawołał z drugiego
pokoju. Nie rozumiałam, jak mógł usłyszeć mój cichy głos przez te grube ściany,
jednak nie przejmowałam się tym zbytnio. Nie w tamtym czasie. W tamtym czasie
tylko wstałam, uśmiechając się szeroko i truchtem pognałam w ramiona
ukochanego. – Czekałem, aż się obudzisz. Mam dla ciebie prezent.
- Jaki prezent, najdroższy? – zapytałam.
Andre ciągle sprawiał mi niespodzianki, jednak w jego głosie usłyszałam, że ten
jest naprawdę wyjątkowy. – Wiesz, że ty
mi wystarczysz. Nie potrzebuję żadnych
prezentów.
- Chcę dawać ci wszystko, co najlepsze, pani
Lemarie – musnął nosem moją szyję, a ja zadrżałam od jego dotyku. W jego oczach
widać było głód. Myślałam, że oznacza to pożądanie, jednak później się
przeliczyłam. To był prawdziwy, zwierzęcy głód. – Ten prezent bez wątpienia
odmieni nasze życie. Spodoba ci się.
- Tak? – nie mogłam powstrzymać rumieńca.
Zawsze się czerwieniłam, gdy patrzył na mnie w ten sposób. Jakbym była kimś
więcej. Kimś, kto jest w stanie dokonać wielkich czynów. – To pokaż mi go. Nie
mogę już się doczekać.
Andre pocałował mnie, a raczej cmoknął, w
usta i wstał z fotela. Podszedł do komody tak szybkim krokiem, że mogłabym
przysiąc, iż rozmył mi się przed oczami. Zamrugałam kilka razy, jednak on był
już z powrotem obok mnie, trzymając naczynie wypełnione po brzegi czerwoną,
gęstą cieczą. Podał mi je, a ja niepewnie wzięłam owy „prezent” w dłonie.
- Boże, Andre… To chyba nie jest… - do mojego
nosa dotarł metaliczny zapach. – Krew! Andre! Coś ty wymyślił!? Czy ona jest
ludzka?
- Owszem – pogładził mnie po policzku, jednak
tym razem napięłam się pod jego
dotykiem. – Katherine, przyda ci się
ona. Zaraz po przemianie będziesz bardzo głodna.
- Głodna? Po przemianie? – spojrzałam na
niego, jakbym widziała go po raz pierwszy. – Co ty bredzisz!?
- Wszystko będzie dobrze – ponownie musnął
nosem moją szyję. Starałam się mu wyrwać, jednak był zbyt silny.
Spojrzałam
na niego i ujrzałam potwora. Jego piękne, jasnozielone oczy lśniły
niebezpiecznie, a z dziąseł wystawały mu długie, ostre kły. Krzyknęłam, lecz
zakrył mi dłonią usta, a drugą położył na mojej talii. Przybliżył swoje usta do mojej szyi i zaczął wolno kreślić
kółka językiem wokół mojej tętnicy.
Wreszcie zdarzyło się nieuniknione. Andre wgryzł się we mnie, a ja
poczułam najgorszy ból. Im dłużej chłeptał moją krew, tym bardziej ból gasł, a
na jego miejsce wchodziło coś innego...
Przyjemność? Nie! Nie mogłam czuć przyjemności, kiedy mój mąż okazał się być
potworem, który zamierzał mnie zabić.
Słyszałam wcześniej o wampirach, jednak
urodziłam się w religijnej rodzinie i uznałam to za stek bzdur. A tu właśnie
okazało się, że tą bestią była najbliższa mi osoba na całym świecie. W tym
momencie bardziej, niż ból fizyczny odczuwałam udrękę związaną z tą zdradą.
Dlaczego mi nie powiedział?
Lecz po chwili nie byłam już w stanie o
niczym myśleć, ponieważ nastąpiła ciemność.
Niewidzialne ogary piekielne
rzuciły się na mnie z prędkością większą, niż był w stanie osiągnąć nawet
najszybszy wampir. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, jednak pozostałam
świadoma.
Jeden z nich wgryzł mi się w
ramię i szarpał nim tak mocno, że po chwili już go nie czułam. Drugi zajął się
moimi nogami, rozrywając wszystkie tkanki, tak, że leżałam sparaliżowana.
Następnie oba ogary wgryzły się w
moją klatkę piersiową. Nie jadły mnie, tak jak powiedział Lucyfer. Och, nie.
One rozdzierały mnie na strzępy. Kawałek po kawałeczku.
Nie byłam w stanie krzyczeć,
ponieważ któryś z nich chyba rozerwał mi struny głosowe. Tak, gdy przestali już
rozdzierać mój brzuch, zabrali się za szyję i głowę.
Starałam się myśleć o czymś
innym. O czymś takim, by tylko nie czuć tego cholernego bólu. Mimowolnie moje
myśli powędrowały do dywanu, który miałam pod sobą. Cholera! Raczej masa krwi i
moje wnętrzności się nie spiorą. Będzie się nadawał do wyrzucenia. A był taki
dobry. Perski. Będzie mi go brakować.
Czy naprawdę przemiana w demona
jest taka bolesna? Muszą mnie najpierw zabić, żeby mianować mnie wysłanniczką
Szatana? Tylko co się wtedy stanie z
moim ciałem? I dlaczego nie mogli
znaleźć innego, przyjemniejszego sposobu, na śmierć!?
Zadawałam coraz to nowe pytania.
I z nimi właśnie powędrowałam do grobu. Ostatnią myślą było „Gdzie, do cholery,
jest Jev!?”, a potem ja, Katherine Elisabeth Aristow, zniknęłam ze świata
żywych.
Moje zmysły mnie przytłaczały. Pragnęłam
uwolnić się z tej klatki – mojego własnego ciała. Pierwszy oddech przyniósł
tylko ból, ponieważ powietrzu unosił się
słodki zapach krwi. Już nie przypominał on metalicznego i przyprawiającego o
mdłości. Pachniał jak najcudowniejsza ambrozja.
Gdy tylko uchyliłam powieki, dostrzegłam
miliony rzeczy, których nie zauważałam wcześniej. Maleńkie, wręcz
mikroskopijne, pyłki kurzu latały w powietrzu, a na suficie było więcej rys,
niż sądziłam do tej pory.
Ale nie zachwycałam się swoimi nowymi
umiejętnościami. Byłam teraz martwa. Czułam się obojętna na to, co się ze mną
stało. Jednak musiałam pomścić moją śmiertelność. Mój ukochany musiał zapłacić
za to, że zrobił ze mnie potwora.
- Kochana, widzę, że już się obudziłaś –
pogładził dłonią moją twarz. - Nie
musisz dziękować. Teraz możemy być na wieki razem.
Wtedy nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będę
pragnąć mu podziękować za moją przemianę. Dzięki niej odkryłam czym jest
prawdziwe życie. W tamtych czasach jednak tylko zacisnęłam gniewnie szczęki i
podniosłam się do pionu.
Okno było uchylone, a na parapecie siedział
gołąb, który przestraszył się mojego nagłego ruchu i uciekł. Wkrótce podążyłam
jego śladem.
Andre nie zdołał mnie powstrzymać.
Byłam nieprzytomna, a jednak
czułam jak moje części, rozerwane przez ogary, składają się powoli do kupy.
Bolało to niemiłosiernie, jednak nie byłam w stanie krzyczeć. Nie wiedziałam,
który ból był gorszy – rozrywanie, czy przywracanie ciała do poprzedniej formy.
A wydawało się to trwać wieki. Jednak, jak wszystko – w końcu się skończyło, a
ja odczułam ulgę.
Gdy się obudziłam, poczułam się
niewyobrażalnie pusta i jednocześnie pełna. Nie miałam już mojej wampirzej
siły, jednakże nabrałam nowej, większej mocy. W tym momencie odczułam, że
wampiry nie miały, co nawet się równać z demonami. Te drugie przewyższały je o
stokroć i nie miały żadnych ograniczeń.
- Co teraz potrafię? – zapytałam,
doskonale zdając sobie sprawę z obecności Lucyfera. Leżałam, zakopana w
miękkiej pościeli. Było mi niezwykle
wygodnie i mogłam przysiąc, że łóżko, na
którym leżałam, było o wiele wygodniejsze, niż to w moim domu.
- Nie musisz się teraz żywić.
Niczym. Jesteś martwa w stu procentach – wyczułam w jego głosie uśmiech. –
Jednak ma to swoje plusy. Jesteś o wiele silniejsza i szybsza, niż wampiry. A twoja moc jest
nieporównywalna do poprzedniej. Wtedy władałaś tylko telekinezą i od czasu do
czasu praktykowałaś magię czarownic. Teraz możesz wszystko – cmoknął głośno. –
Lecz niektóre rzeczy są zwyczajnie zakazane. Mogłabyś przywrócić do życia
zmarłego, jednak poniosłabyś za to karę.
Banicję. Rozumiesz… Demony początkowo były upadłymi aniołami i mogłoby się
wydawać, że niżej zejść już nie mogą. To jednak nie jest prawdą. Demony, które
złamały zasady, stają się tylko Cieniami – istotami, które żywią się ludzką
niedolą. Są one skazane na wieczne potępienie i, uwierz mi, nie chcesz dołączyć
do ich grona.
- Są czymś w stylu dementorów? –
mruknęłam, otwierając oczy. Podniosłam się do pozycji siedzącej i odkryłam, że
leżę zakopana w krwistoczerwonym prześcieradle. Ogromne łóżko miało baldachim
tego samego koloru, co pościel. Znajdowałam się w wielkim, czarnym pokoju.
Tylko meble były tu w kolorze czerwonego diamentu. Pod ścianą stała długa półka
z książkami i gdy przejechałam po niej wzrokiem, okryłam same bestsellery i białe
kruki. Oczywiście, Sherlock Holmes również miał tam swoje, honorowe miejsce.
Oprócz tego była tu wielka szafa i dwoje drzwi, które najprawdopodobniej
prowadziły do wyjścia i do łazienki. – Niech zgadnę. To mój własny apartament w
Piekle?
- Możesz go dobrowolnie
przemeblowywać – oznajmił Szatan, wstając z fotela, na którym siedział. Ten po
sekundzie rozpłynął się w powietrzu. – W szafie znajdują się różne ubrania,
oczywiście w mroczniejszych kolorach. Kiedy będziesz wykonywała swoją pracę,
takie barwy będą na tobie mile widziane.
- Taki strój roboczy? –
zadrwiłam.
Uśmiechnął się lekko.
- Można tak to ująć – podszedł do
mnie i chwycił mnie za prawą dłoń.
Uniosłam brwi, lecz nie wyrwałam się. Obrócił ją tak, że była spodem do mnie.
Prawie zachłysnęłam się powietrzem, gdy zobaczyłam na swoim nadgarstku
wytatuowany czarnym tuszem pentagram. Już miałam coś powiedzieć, jednak
zostałam uprzedzona. – Wyrysowałem ci go na skórze zaraz po twojej śmierci.
Twoje ciało zaczęło się leczyć, ponieważ od tamtego momentu zostałaś demonem.
Regenerowałaś się około szesnastu godzin. Do tego czasu zdążyłem
skontaktować się z twoim bratem i
powiadomić go o twoim aktualnym stanie. Czeka na ciebie w twoim domu, ponieważ
nie mógł przyjść tutaj. To w końcu Piekło – uśmiechnął się przebiegle. - Ubierz się w coś i możesz lecieć do swojej
rodzinki. Odwiedzę cię jutro wieczorem. Wtedy dokładnie przedstawię ci, czym
będziesz się zajmować – zaczął wycofywać się w kierunku drzwi. – Do Londynu możesz
się zwyczajnie teleportować. Do zobaczenia – wyszedł, a ja zostałam sama, dręczona myślami o mojej
nowej rzeczywistości, która jeszcze wczoraj była mi odległa.
Miesiąc później borykałam się z wielkim
problemem.
Pragnęłam jednocześnie zemsty na Andre,
jednak zbyt mocno go kochałam, by go skrzywdzić. Morderstwo nie wchodziło w
grę, ponieważ był ode mnie o wiele silniejszy, a ja wciąż byłam młodym
wampirem, nie do końca rozumiejącym swoje nowe położenie. Byłam tak strasznie
zagubiona, że chyba wypłakałam z siebie całą wodę, aż wreszcie nie zostało nic
i tylko siedziałam godzinami, patrząc jak dzień zmienia się w noc. To był
piękny widok, ale z każdą chwilą byłam coraz bardziej zmęczona i traciłam coraz
więcej energii. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała się pożywić,
jednak obawiałam się, że przy tym moje poprzednie życie dobiegnie końca,
zabierając życie niewinnemu człowiekowi i stając się prawdziwym potworem.
I pewnego dnia wyszłam z mojej kryjówki, na
granicach Francji. Ubrałam się w błękitną suknię i dobrałam do niej wspaniały naszyjnik.
Zdjęłam z palca diamentowy pierścionek, a następnie raz na zawsze się go
pozbyła, wrzucając go do ścieków.
Byłam jak ptak, którego wypuszczono z klatki,
ale nie do końca, ponieważ ten ptak ciągle latał po domu, czekając, aż ktoś
otworzy okno, by mógł w pełni uciec z ludzkiej niewoli. Następny miesiąc
myślałam, że to okno muszę otworzyć sama, co nie było proste. Myliłam się.
Tuż po powrocie z Moskwy i dowiedzeniu się o
tym, że moi rodzice nie żyją, udałam się do Madrytu. Wtedy właśnie zaczynałam swoją
wielką, życiową podróż.
Byłam na balu u jakiegoś hrabiego. Tańczyłam
z mężczyznami, szukając bratniej duszy, kogoś, kto pomógłby mi w trudnych
chwilach. Chciałam związać się na nowo, choć nadal kochałam Andre. Pragnęłam o
nim zapomnieć.
Stałam na tarasie, zażywając świeżego
powietrza. Przymknęłam na chwilę oczy i przypomniałam sobie moje wesele z
Andre. Było bardziej huczne, niż ten bal. Na samą myśl o tym, uśmiechnęłam się.
To był chyba najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Przynajmniej do tamtej chwili,
gdy drzwi tarasowe się otworzyły, a ja poczułam wampirzą aurę.
Odwróciłam się gwałtownie i omiotłam
spojrzeniem mężczyznę. Był przystojny, może nawet przystojniejszy od Andre.
Miał ciemnobrązowe włosy, chabrowe oczy i brytyjskie rysy. Spojrzał na mnie i
uśmiechnął się szczerze.
- Nie spodziewałem się spotkać tu swoich –
zaczął rozmowę, utwierdzając mnie w przekonaniu swoim akcentem, że jest
Brytyjczykiem. – Miło mi panią poznać. Nazywam się Christopher Hastings.
- Nie sądzę, bym miała powód, by się panu
przedstawiać, panie Hastings – uśmiechnęłam się sztucznie. – Jeśli nie ma pan
nic przeciwko to wolałabym pobyć sama.
- A gdybym jednak miał coś przeciwko? –
założył ręce na klatce piersiowej.
- To musiałabym uświadomić panu, że to było
pytanie retoryczne – skinęłam głową na znak, żeby odszedł. On jednak nie wyglądał na osobę, która łatwo się
poddaje.
- To nie było pytanie – obdarzył mnie
szerokim uśmiechem.
Mimowolnie go odwzajemniłam, spoglądając na
ludzi pośpiesznie przechodzących po ulicach. Noc na pewno nie była spokojna. Tuż pod naszymi
stopami śmiertelnicy bili się o wejście na bal u hrabiego. Dosłownie dochodziło
do bójek.
- Katherine Aristow – powiedziałam w końcu. –
Mam nadzieję, że to pana usatysfakcjonuje.
„Zwyczajnie teleportować”. Jakby
to było takie proste.
Najpierw zmieniłam moją białą
koszulę, jakby szpitalną, na jakąś czarną sukienkę z szafy i skórzaną kurtkę.
Najwyraźniej Lucyfer rozkazywał mi zmienić image. Nie żebym narzekała. Przecież
to nie tak, że mam cały czas chodzić na czarno. Chyba.
Po tych kilku minutach
postanowiłam się wreszcie postarać o powrót do domu. Postarałam się pomyśleć o
tym, gdzie się chcę przenieść, jakby to była jazda na rowerze. Niestety, nie
umiałam jeździć na rowerze. A przynajmniej nigdy tego nie próbowałam.
Jakąś chwilę później poczułam
głębokie zasycanie i za nim się obejrzałam stałam na swoim ganku. Uśmiechnęłam
się, dumna ze swoich nowych umiejętności i otworzyłam drzwi.
Nawet nie zdążyłam połapać się,
co się dzieje, a Christopher chwycił mnie w ramiona i przytulił tak mocno, że
gdybym nie była martwa, mógłby mnie udusić.
- Tak, też tęskniłam –
wychrypiałam, klepiąc go po plecach.
- Nawet nie wiesz, jak się
martwiłem – spojrzał na mnie swoimi niespokojnymi oczami w najpiękniejszym
kolorze pod słońcem. – Jeśli jeszcze raz…
- Odważę się umrzeć? – parsknęłam
śmiechem. – Tak… To nie jest przyjemne doświadczenie. Uwierz mi. Szczególnie,
gdy byłam rozszarpywana na kawałki.
Skrzywił się .
- Zamknij się – ponownie mnie
przytulił. – Nie chcę o tym już słuchać.
Przewróciłam oczami, jakby
umieranie nie było wcale taką wielką rzeczą. Jakby przez ostatnie dwadzieścia
cztery godziny nie zmieniło się, aż tak wiele. Jakbym nie zmieniła się w
demona, który od teraz miał zabierać życie niewinnych śmiertelników. Cóż. Po
głębszym zastanowieniu zmieniło się tylko to, że nie jestem już wampirem.
- Chodź – oznajmił nagle,
odrywając się ode mnie i ciągnąc mnie w kierunku ogrodu. – Myślę, że ktoś chce cię
poznać.
Cholera.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz