Tych wyzwisk słuchałem już od dobrej godziny.
- Czy znasz eufemizm słowa skurwiel? - zagaiłem
- Skurczybyk. Zesłaniec piekielny. Duu... - zaczęła wymieniać dokładnie w tej samej kolejności co wcześniej. Machnąłem ręką na znak by przestała.
- Co on zrobił? - zapytałem i usiadłem naprzeciw niej, usiłując wytrzymać jej magnetyczny wzrok.
Wybałuszyła wielkie zielone oczy.
- Co to za pytanie pada z Twych ust? - była nie tyle zbulwersowana co zdezorientowana.
- To zły... - urwałem nie wiedząc jak określić tego gościa - zła osoba.
- ...która...? - ciągnęła
- Namieszała w moim...długim życiu? - powiedziałem "długim" bo czułem się o wiele starszy niż wskazywało moje odbicie w lustrze.
Czułem się potwornie staro...jakbym miał jakiekolwiek doświadczenie w życiu.
To kontrastowało z wysokim, muskularnym czarnookim młodym mężczyzną, który nieśmiało uśmiechał się do mnie, nawet jeśli nie było nam obydwóm do śmiechu.
- Nie słuchasz mnie. - wytknęła mi kiedy rozmyślałem i skubałem krawędzie fioletowego dywanu spoczywającego na ciemnobrązowej kafelkowej podłodze. - Skup się. - nakazała
- Wybacz. - skuliłem się. Wyczuwałem jej wyższość. Przewagę nad nic nieznaczącym człowiekiem.
- Zbieraj manatki. - wygłosiła i chwyciła swoją czarną torebkę, którą przewiesiła przez nadgarstek. - Jedziemy do pieprzonej Kwatery.
- Kto tam jest? - dopytywałem się gdy siedziałem na tylnym siedzeniu białego "zapożyczonego" SUV-a trzymając w dłoni małego kręconego loda.
- Boże, czemu zawsze musze cię wyciągać z kłopotów. - mruknęła włączając pedał gazu
- Wierzysz w Boga? - spytałem - Zastanawiałem się..
- Pójdziesz do kościoła jak się dowiemy co się zjebało przez tą zamianę miejsc. - wycedziła tym samym kończąc rozmowę - Lód ci kapie. Brudzi moje siedzenia. - dorzuciła po chwili
- Wybacz. - rzekłem skruszony oblizując palce. Reszta podróży spłynęła w milczeniu.
- Co dokładnie sobie przypomniałeś? - zapytała trzaskając drzwiami auta, które niemalże wypadły z zawiasów.
- Emmm... - zamyśliłem się chwile - Nazywam się Jev Roth. Krzywdziłem ludzi. Sprawiało mi to... - urwałem i przełknąłem głośno ślinę. Blondynka wpatrywała się we mnie wyczekująco przez kilksa sekund. Nie dokończyłem.
- Mhm - machnęła ręką lekceważąco - ..mów dalej. - posłała mi pokrzepiający uśmiech...albo miała zamiar wysłać mi pokrzepiający uśmiech, bo nie poczułem się ani odrobinę lepiej.
- Zostawiłem kogoś. - wysiadłem z auta i obrzuciłem spojrzeniem rozciągający się przed nami nadmorski widok. Zagwizdałem. - Eastbourne. Ładnie.
- Taa. - zgodziła się niechętnie
- To po co tu przyjechaliśmy?
- Skoro co?
- Skoro ci się nie podoba.
- Nic mi się nie podoba.
- Dlaczego?
- Wieczne życie to nuda. - wyszczerzyła zęby w nieszczerym uśmiechu
Podczas gdy ja przesrawałem się z miejsca na miejsce, blondynka siedziała z wyciągniętymi przed siebie długimi nogami, tak by fale obmywały jej stopy. Zapatrzona w przestrzeń nie zauważyła, albo po prostu nie chciała zauważyć, że po pewnym czasie dosiadłem się do niej, oczywiście zachowując odpowiednią odległość.
- Dlaczego nie pojechaliśmy do Kwatery? - zadałem banalne pytanie, ale nie wiedziałem dlaczego wytargała nas nad morze.
- Hotel w którym przebywałes przez te 24 godziny znajduje sie niedaleko plaży. Pomyślałam, że może potrzeba ci więcej czasu dla odreagowania...sytuacji.
- Tak. - podziękowałem cicho - Moja rodzina mnie nie nawidzi, prawda?
- Nie. Ale nie będzie cię chciała oglądać w tym stanie.
- Twoja definicja rodziny chyba jest niepoprawna. - skwitowałem rozzłoszczony
- To definicja wampirzej rodziny, Jev. A ty już do niej nie należysz.
- Wampirzej? - zdziwiłem się - O czym ty gadasz? - odsunąłem się od niej
- Przypomniałeś sobie po to by zapomnieć. - parsknęła z niedowierzaniem - Tak będzie lepiej. Zaopiekuje się tobą, masz moje słowo. - obiecała
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz