poniedziałek, 8 lutego 2016

Od Jev'a - CD historii Katherine

Teraz po upływie dość długiego konkretnego czasu z tą bandą świrusów, czułem się całkiem zwyczajnie. Pewne wydarzenia, które kiedyś otaczała zamglona aura ciemności już mnie nie dręczyły. Odchodziły w niepamięć.
Od jakiegoś czasu nachodziły mnie złe przeczucia co do mojej osoby, czasami wydawało mi się, że ktoś mnie potrzebuje czy na mnie czeka. Bagatelizowałem to gdyż wiedziałem, że moja psychika z pewnością uległa dużemu nadwyrężeniu. Szybko się jednak uczyłem. Chociaż czasami wydawało mi się, że już tu umiałem, tylko z początku wydawało się trochę obce.
Poszedłem do liceum, w tym roku miałem zdawać maturę, równie prędko nadrobiłem materiał przyswajając mnóstwo informacji. Nie spędzałem całego czasu nad książkami, co to - to nie, nie byłem z tych. Razem z Kim wychodziliśmy co czwartki do teatru elżbietańskiego. To banalne, ale uwielbialiśmy chodzić na "Romeo i Julię", nie tyle ja, co ona. Widziałem ile emocji wzbudza w niej scena balkonowa, jakby widziała w niej coś więcej niż tylko nawołującego swą kochankę (znając ją tymczasem jeden dzień) Rome'a. Starałem się też dostrzegać więcej. Nie tylko w sztuce teatralnej. Kim nauczyła mnie malować, a ja odkryłem w sobie duszę architekta. Oboje uczyliśmy się od siebie, stając się z dnia na dzień, coraz lepszymi przyjaciółmi. Jej brzuszek rósł, chociaż na twarzy pozostawała niezmienna. Cieszyłem się gdy na jej zwykle smutnej, chorej, bladej buzi, pojawiał się uśmiech, majaczący na ustach, a oczy skrzyły łzami. Takimi łzami szczęścia, które przyjmowałem jako miód na swoje serce, które z jakichś powodów było ostrożne, ale głodne jednej jedynej osoby, której jeszcze nie spotkałem. Wiedziałem jednak, że był to naprawdę potężny głód.

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz