Chciała mi pokazać, że to ona ustala zasady, nawet jeżeli sama się do nich nie stosuje.
Poszedłem za nią do salonu niczym wierny kanapowy piesek. I olśniło mnie. Zawsze to robiłem. Zawsze się jej poddawałem, traciłem swoją niezależność.
- Nie będziesz musiała prosić. - powiedziałem beznamiętnie ,wpatrując się w niewłączony telewizor. Słysząc to zrezygnowała z przyciśnięcia nacisku na pilocie. Po prostu siedziała jakby nie miała dość siły aby nacisnąć i pokazać, że ma mnie w nosie, tak jak nasza córka nie przejmowała sie Smithem. - Zaskoczona, co? - mruknąłem, czując jedynie złość. Nie potrafiło jej przyćmić uczucie do tej zołzy. Teraz przekroczyła wszelkie granice. Jakby w ogóle kiedyś istniały. - Wesołych Walentynek. - uśmiechnąłem się półgębkiem, najbardziej nieszczerym uśmiechem na jaki było mnie stać. - Tu są bilety na wieczorny lot helikopterem naznaczonym sercami, ponad Londynem. Jest też wypad do Sheffield. - rzuciłem kopertę pod jej nogi. Ona tylko patrzyła, znów nie okazując uczuć. - Suka. - syknąłem patrząc w tę jej fałszywą twarz.
- Chcę się widywać z córką, tego mi nie zabronisz. - oznajmiłem tonem nieznoszącym sprzeciwu, wpatrując się w nią wyzywająco.
W tej samej chwili do salonu weszła zaniepokojona Viv.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz