- Ulotnili się już. - wzruszyła obojętnie ramionami i domknęła lodówkę, wprowadzając czterocyfrowy kod. - To dla bezpieczeństwa.
- By nie popadła w krwioholizm. - domyśliłem się
- W końcu pewne cechy są dziedziczne - posłała mi wymowne spojrzenie
- Czyli to po mnie jest taka piękna?
- Chciałbyś. - uśmiechnęła się, a ja pocałowałem ją miękko i czule w usta.
Gdy powróciliśmy na piętro z ulgą zarejestrowałem, że Cillian również gdzieś przepadł.
Boże, zakładając, że istniejesz, chwała ci za te dobre dary. Chociaż nie byłem gotów by iść na msze, ani nic z tych rzeczy. Podczas gdy zastanawiałem się jak wiele lat temu, czy dekad, nie byłem w kościele Katherine dopijała kawę. Wpadła mi również myśl analizująca co mogła robić zamiast ją pić, kiedy poszedłem się karmić. Mogła zaliczyć również szybki numerek z Cillianem. Ale w kuchni? Cholera, to dwa demony, wszystko jest możliwe. Dostrzegałem w sobie pewne różnice w stosunku do naszych relacji. Nie ufałem jej już. Była druga strona tych szarych myśli, którą pokazywałem. Kochający dawny Jev.
Chociaż nic nie było tak jak dawniej.
- Mam mnóstwo pytań - powiedziałem to, zamiast szczerze przyznać się do swoich wątpliwości. Nie czułem potrzeby mówić o tym, związki przepełnione zaufaniem i innymi pierdołami - to nie w naszym stylu. - Zacznij od początku końca.
- Końca czego?
- Nas.
Katherine? Dopisz do tego momentu żeby było jutro, czyli realne dzisiaj i bym mogła wprowadzić Walentynki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz