Nie wiedziałam, ile minęło od "wyjścia" Eileen. Być może minuty. Być może godziny. Zakopana pod stertami list - ale tylko w przenośni - odhaczałam, kto został już załatwiony, a po kogo zaraz będę musiała się upomnieć. Jak na razie to miałam odebrać dzisiaj duszę jakiejś kobiecie o ciężkim, australijskim imieniu. Zastanawiałam się, czy przypadkiem pani Freydez nie ma podobnie na imię, ponieważ jej imienia również nie potrafiłam wymówić. Ani w sumie napisać. Jak pani Freydez miała na imię?
Po chwili usłyszałam nieśmiałe pukanie do drzwi. Mruknęłam coś w stylu "proszę", podnosząc głowę znad monitora. Do środka weszła Vivienne, niepewnie przystając z nogi na nogę. To wzbudziło moją uwagę.
- Coś się stało, skarbie? - zapytałam, a ona podeszła do mnie, wskakując mi na kolana. Objęłam ją ramionami, a ona ułożyła się wygodniej, machając nogami w powietrzu.
- Wiesz, zastanawiam się, czy postępuję słusznie. - Przygryzła dolną wargę. - Smith jest słodki. Być może powinnam dać mu szansę? Naprawdę go lubię, ale boję się, co mógłby o mnie pomyśleć, gdyby dowiedział się, kim naprawdę jestem. Gdyby dowiedział się, że nie jestem... normalna.
- Viv, facet musi cię zaakceptować taką, jaka jesteś. Jeśli nie potrafi tego zrobić, to znaczy, że nie jest ciebie warty - odpowiedziałam szczerze. - I myślę, że jeśli okazałoby się, że wasz związek jest poważniejszy... Nie mówię teraz, ale jakbyście chcieli się jeszcze umawiać za dziesięć lat... To sądzę, iż mogłabyś mu wyjawić całą prawdę. A jeśli wtedy, by się przestraszył albo cię odrzucił to mogłabyś przeprowadzić na nim niezwykłą mieszankę krwawych tortur pod jego adresem. - Spojrzała się na mnie, jakby chciała powiedzieć: "Serio? Nie pomagasz.". Odchrząknęłam. - Lub po prostu wyczyścić mu pamięć.
- Myślę, że ten drugi sposób byłby odpowiedniejszy - oznajmiła z lekkim uśmiechem, przytulając się do mnie. - Ale dziękuję ci, mamo. Masz rację.
- Ja mam zawsze rację. - Przewróciłam oczami, ale również nie mogłam pohamować uśmiechu. - A teraz leć i rób, co dzieci w twoim wieku zwykle robią, bo mam jeszcze trochę pracy.
Spojrzała na mnie z dezaprobatą.
- Po pierwsze: Dzieci w moim wieku raczej nie potrafią jeszcze mówić i chodzić. Po drugie: Nie ma takiej opcji - odrzekła stanowczym tonem. - Zadzwoniłam do wujka Luciego i razem doszliśmy do porozumienia, iż za ciężko pracujesz. Tak też... Załatwiłam ci wolne na dwa tygodnie! - Uśmiechnęła się szeroko. - Nie dziękuj. Naprawdę nie trzeba. Robię to dla twojego dobra.
Otworzyłam szeroko oczy, zaskoczona.
- Ty zrobiłaś co? - Wstałam tak szybko, że w ostatniej chwili Vivienne udało się spaść na dwie nogi. - Viv! Tak się nie robi! Może ja miałam ochotę pracować? Nie pomyślałaś?
Prychnęła.
- Jaasnee... A ja mam ochotę chodzić do szkoły. No, błagam cię, wiem, że chciałabyś trochę odpocząć. Będziemy mogły spędzić te dwa tygodnie razem! Nie cieszysz się?
Westchnęłam.
- Dobrze... Jak chcesz. Możemy zgarnąć jutro twojego brata i wyskoczyć na miasto. Co ty na to?
Powiedzieć, że była wniebowzięta, to jak powiedzieć, że kawa jest tylko smaczna.
- Tak, tak! Rany, kocham cię! - Jeszcze raz objęła mnie za szyję, a potem wybiegła z pokoju, najprawdopodobniej, by zadzwonić do Caspra.
Przewróciłam oczami, ale ostatecznie wyłączyłam komputer i wyszłam, by zrobić sobie latte.
Zdziwiłam się, kiedy w domu nigdzie nie zastałam Jev'a. Uznałam, że najwyraźniej albo postanowił wrócić do siebie, albo się gdzieś zaszył. Nie żeby szczególnie mi to przeszkadzało. Przez te kilka miesięcy zdążyłam już przyzwyczaić się do jego nie-towarzystwa.
Ale kiedy tylko zaparzyłam sobie kawy, poczułam jego oddech na karku. Zadrżałam, kiedy objął mnie w tali, delikatnie skubiąc zębami moją szyję. Za nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, odwrócił mnie w swoją stronę, zatapiając swoje usta w moich. Przez chwilę pozwoliłam, by po moim ciele rozciągała się ta błoga przyjemność, aż wreszcie stanowczo odepchnęłam go od siebie i odwróciłam twarz.
- Przestań, Jev - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Nie jesteśmy już razem.
Spojrzał się na mnie z zaskoczeniem.
- Wcześniej ci to jakoś nie przeszkadzało.
- Tak, ale teraz już przesadzasz. - Odepchnęłam go nieco mocniej, aż odszedł parę kroków w tył. W tym momencie moja kawa skończyła się parzyć. Wzięłam ją, nie zwracając uwagi na gorąc i wyminęłam szybko Jev'a, nie patrząc mu w oczy i zabijając chęć przeproszenia go za wcześniejsze odtrącenie. Ile ja bym dała, aby wszystko było proste na tyle, bym mogła zwyczajnie zatopić się w jego ramionach. Teraz, jednak kułam żelazo póki gorące. - Jeśli nie dasz sobie spokoju, będę musiała cię prosić, abyś się wyniósł.
Po tych słowach, wyszłam do salonu.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz