Podała mi szklankę, przepełnioną moim ulubionym alkoholem - bourbonem, a w jej naczyniu wyczułem najlepszej jakości gin. Nie certoląc się, wypiłem wszystko na raz i chrząknąłem gotowy do przemówienia.
Kath powstrzymała mnie gestem ręki wyrażającym brak chęci na kontynuacje rozmowy.
- Ja również. - zgodziłem się, powoli wycofując się z pokoju.
Wiem, że dopóki nie przekonała się, że wyszedłem, nie włączyła telewizora.
Pierwsze co zrobiłem po wyjściu z tego domu wariatów, to kupiłem komórkę. Nie przykładałem zbytniej uwagi do modelu, ale nie mogłem się obejść bez dotykowego ekranu, więc taki też telefon gościł w nowiutkim brązowym etui. Jedną z rzeczy, które robiłem częściej niż wracanie i odchodzenie od Katherine było kupowanie telefonów. Cóż, jeśli jednego czasu jesteś człowiekiem dbającym o kruche ludzkie sprawy, a kolejnego wampirem łaknącym krwi, zaś innego duszą czy Mrocznym Panem. Tak czy siak, to XXI wiek, zawsze będziesz potrzebował telefonu, niezależnie od stanu bytu.
Wykręciłem numer Kim, którego prawidłowości nie byłem do końca pewien, więc przekładałem w głowie cyfry, aż w końcu zbiór wydał mi się najbardziej możliwy i nadający się na numer mojej przyjaciółki.
W tle leciała przyjemna muzyczka, która sprawiła, że nie chciałem już mieć styczności z rozmówcą i jeszcze posłuchać melodyjki, ale Kim odebrała po dwóch sygnałach.
- Kim Burke - odezwała się bezbarwnym tonem głosu
- Cześć, Kim - ledwo wypowiedziałem pierwsze słowa, już usłyszałem głębokie westchnienie, jakby osoby znudzonej. - Chciałbym się z tobą spotkać. O ile ty chcesz się spotkać ze mną. - byłem zdenerwowany, chciałem jej o wszystkim opowiedzieć tak bardzo jak chciałem wszystko przed nią zataić, ale po coś w końcu dzwoniłem, czyż nie?
- Tak, wspominałeś już o tym. - mruknęła niezbyt przekonana
- Mogę przyjść do was? - drążyłem
- Nie, prześlę ci sms-em adres mojego obecnego lokum. Nasza radosna gromadka mnie wywaliła. - odpowiedziała i nie wyjaśniając, rozłączyła się.
Po chwili zgodnie z jej zapowiedzią, przyszedł sms.
Obskórne kamienice wymazane sprayami, przez jakieś zbuntowane dzieciaki noszące dresy, używające kurw za przecinki, słuchające rapu o seksie, wódzie, dragach. Typowa dzielnica na obrzeżach miasta. Mimo wielkości i znaczenia Londynu i tak były w nim te proste miejsca, jak w każdym innym mieście. W powietrzu unosił się zatęchły zapach zdechłego szczura i nieczyszczonego od dwunastu lat szamba.
Zapukałem do drzwi, wyglądających na jeszcze starszych niż ja, które wyglądały jakby miały zaraz wypaść z zawiasów.
- Wejść! - krzyknęła Kim. Niezbyt uprzejmie było wchodzić do czyjegoś domu bez pukania i w ogóle, ale to nawet nie wyglądało jak porządne mieszkanie, więc chrzanić morały.
Wszedłem i zaraz zdjąłem buty w przedpokoju. Rozejrzałem się. Cóż, nie był to przedpokój, a już wejście do pokoju mieszczącego ogromną szafę, materac i dziecięce drewniane łóżeczko.
- Cholera. - użyłem mojego ulubionego przekleństwa. Kim zawsze tępiła inne słowa, uważała je za zbyt ordynarne jak na takich ludzi jak my. "Z klasą". Bynajmniej teraz nie ukazywała swojego poziomu, prędzej już jego brak. - Muszę cię stąd zabrać - zadecydowałem i wykręciłem szybko numer do agencji nieruchomości, z pytaniem czy mają na sprzedaż niewielki dom bądź jakieś dwupokojowe mieszkanie z nieprzeciekającym sufitem.
Mają i to całkiem sporo. Oczywiście sumka podana przez panią ,o tak ponętnym głosie, że przez chwilę zastanawiałem się czy nie prowadzi też rozmów przez Seks Telefon, była dość duża. Jednak gdy chodziło o wygodę oraz bezpieczeństwo Kim i dziecka, nie miałem żadnych przeciwwskazań. Poza tym moje konto nie pozostawiało wiele do życzenia. Miałem dużo pieniędzy i zamierzałem je dobrze, choć raz, zainwestować.
- Już szykują.
- Co? - Kim zrobiła wielkie oczy. Miałem tylko nadzieję, że nie wypadną jej gałki oczne gdy wyszeptałem: "Mieszkanie".
- Tak, tak, dziękuje. Pieniądze zostaną przelane na podany numer. Za chwilkę. Dziękuję, jeszcze raz. Do widzenia. - skończyłem rozmowę z panią o niewiarygodnie seksownym głosie i spojrzałem wyczekująco na Kim. - Zbieraj manatki, przeprowadzasz się.
Patrzyła na mnie, a w jej oczach czaiły się łzy.
- Jev.. - westchnęła bezradnie, nie wiedząc czy ma się na mnie złości za to bycie dupkiem czy radować się z mojej dobroci, którą zapewne traktowała jak ewidentną przesadę. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła płakać.
Pozwoliłem jej na to, bo sam byłem świadom kruchości ludzkiej natury.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz