Aktualnie mój wampirzy organizm osłabiały tylko zmartwienia co do mojego związku z Katherine. O ile można było nazwać to prawdziwym związkiem. Ta, prawdziwy związek pomiędzy trzystuletnim wampirem przemienionym za sprawą magicznego dżu-dżu w człowieka, później przywróconego do dawnej postaci i Rosjanki mającą dwójkę dzieci, każde z innym mężczyzną, która przy okazji ma na nadgarstku wygrawerowany pentagram, nie oznaczający wcale, że należy do grupy młodocianych satanistów, a jedynie spoufala się z Szatanem. Cóż, ten związek nie miał racji bytu. Na głębszą logikę i zastanowienie nigdy nie miał.
Ale nigdy też nie zadecydowaliśmy skończyć ze sobą na zawsze.
Poranek okazał się lepszy niż noc, którą spędziłem rozmyślając nad swoim marnym żywotem.
Wstałem tez z lepszymi myślami. Bardziej optymistycznymi.
Dzisiaj był dzień Zakochanych, a mimo wszystko, mimo mój beznadziejny marny żywot, ja byłem zakochany.
Wchodząc do kuchni zauważyłem - cóż, trudno było nie zauważyć - iż jest ona przepełniona bukietami kwiatów.
- Zajeżdża jak z typowej kwiaciarni. Przejmujesz fuchę florystki? - prychnąłem wciągając zapachy rozmaitych gatunków kwiatów. - Margaretki śmierdzą. - przyznałem
- Powinno ci być głupio - skwitowała pani Freydez. Wyglądała jakby ktoś - czyli Katherine - zabronił jej wziąć wolnego podczas gdy ona chciała udać się na igraszki ze swoim mężem.
Powstrzymałem się od złośliwego komentarza, ukazującego jak bardzo nie przepadam za gosposią. Chociaż kiedyś starałem się o jej sympatię..tak to było zaraz po tym jak ją zaatakowałem, a ona mnie znienawidziła doszczętnie. Życie jest niesprawiedliwe.
- Bo jest. - wyciągnąłem czerwonego lizaka w kształcie serca z jednego z koszy i odpakowałem.
W tej samej chwili usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Później przed naszymi oczyma rozegrała się komiczna scenka.
- Biedulek. - mruknąłem, obserwując przez okno na małego zabiegającego, o względy mojej rozkapryszonej córki. - Pójdę mu powiedzieć jak załatwiać takie sprawy. - ostatnie dwa słowa wypowiedziałem scenicznym szeptem.
- Specjalista się znalazł - burknęła Katherine, wąchając kwiatki i patrząc na mnie, niemalże urażona.
- Jesteś demonem. - przypomniałem Niezwykle seksownym demonem. - ciągnąłem powoli do niej podchodząc - A jednak mój urok cię poraził. Czyż nie?
- A nie głupota, i to przeraziła? - sarknęła pani Freydez, kompletnie nie przejmując się tym co miałem zamiar zrobić i co było tak oczywiste, że każdy moralny człowiek by się wycofał. Ale nie ona. To kobieta była niemożliwa.
Postanowiłem i ja nie zawracać sobie głowy jej obecnością.
Schyliłem głowę, tak by znajdowała się na wysokości szyi mojej ukochanej i pocałowałem ją, chacząc językiem o miejsce na skórze, w którym pieszczota potrafiła doprowadzić do szaleństwa. Jednak ona stała jakby niewzruszona, choć widziałem trudności w przybraniu pokerowej maski.
Wbiłem lekko kły w to miejsce, choc nie przestawałem składać lekkich pocałunków górną częścią wargi. Jęknęła cicho przywierając do mnie mocniej.
- Czyż nie? - powtórzyłem i odsunąłem się szybko, uśmiechając się promiennie.
Żachnęła się gdy wyszedłem zabierając ze sobą lizaka.
- Mały..poczekaj - wybiegłem za Adoratorem mojej sześcioletniej córki.
Szedł ze spuszczoną głową, w małej dłoni trzymając kwiatek oberwany z wielu płatków. Domyśliłem się, że bawił się w "Kocha, lubi, szanuje"
- I co ci wyszło? - spytałem wskazując na roślinkę
- Że ma mnie w nosie. - zdziwiłem się. Czyżby gra miała w sobie również i te słowa?
- Nieprawda. One mają tylko muchy w nosie. - powiedziałem, głównie dlatego, że przy oknie stała Katherine wytężając słuch, te słowa były przeznaczone dla niej.
Złapałem z nią kontakt wzrokowy, a ona pokazała mi, żebym się puknął w głowę.
- Musisz być mniej..oficjalny - poleciłem mu - Staraj się, ale tak żeby nie było to widoczne. Czasami sypnij - chwilę zastanowiłem się nad słowem "sypnij" i jego adekwatnością do sytuacji - komplementami. - urwałem bo ten spojrzał na mnie jak na przygłupa - Komplementy czyli miłe słowa - wyjaśniłem zapewne wyprzedzając jego pytanie - Typu: Twoje włosy są ładniejsze od włosów nauczycielki od matematyki.
- Mamy pana od matematyki.
- Jeden pies. - wzruszyłem ramionami - Byle miał włosy.
- Dobrze, masz coś jeszcze? - zapytał, a jego oczy nabrały wyrazu i nie były już tak przeszklone jak przed paroma sekundami.
- Gdy w końcu przekonasz ją do siebie musisz być miły i uległy, ale nie pozwól by zaczęła tobą rządzić. To trudne, ale wykonalne - puściłem do niego perskie oko i wręczyłem mu lizaka. Miał problemy z odpakowaniem, więc mu pomogłem, wyrzucając folie za siebie.
- Mama mówi, że nie wolno śmiecić - zwrócił mi uwagę
- Przekaż jej, że ma złote zasady na wychowanie. -
- A co jeśli pan od matematyki jest łysy? - mruknęła Katherine obrzucając mnie spojrzeniem przesyconym kpiny i rozbawienia. - Ty jesteś uległy - dodała - Czemu gadasz takie bzdury dziecku? - zarzuciła się śmiechem
- Uległy wobec ciebie? - padło pytanie z ust Vivienne, wchodzącej do kuchni. Miała na sobie uroczy komplecik złożony z bluzki pokrytej cekinami, łączącymi się w serduszko oraz czarne getry i pasujące wysokie tenisówki z firmy Converse'a. Drogo. Elegancko i jednocześnie luźno. Cała Katherine.
- Tak, zawsze się ze mną zgadza. Na przykład gdy trzeba kupić trochę cukru on wychodzi i go kupuje. - Katherine gładko wybrnęła z pytania, które mogło nas "odkryć", a tak właściwie mnie i moją tożsamość.
- Jak cię całuje po szyi to kogo to decyzja? - brnęła wciąż dziewczynka, a Kath zacisnęła dłoń w pięść, wykazując ogromną chęć na spoliczkowanie mnie.
- No dalej, idź po ten cukier. - warknęła Katherine podając mi reklamówkę i kartę, na której widniało moje imię i nazwisko. Och, już myślałem, że ją zgubiłem. Moja karta bankowa. - Viv pójdzie z tobą. - zarządziła, zapewne nie chcąc być atakowana drążącymi pytaniami zadawanymi przez córkę.
Jasne, najlepiej zwalić je na mistrza w odpowiadaniu.
"Nie spieprz planu' - posłała mi myśl
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz