niedziela, 14 lutego 2016

Od Katherine - CD historii Jev'a

- Nie jestem pewna, od czego mam zacząć - powiedziałam, kiedy usiedliśmy w kuchni na przeciwko siebie. Naturalnie zaparzyłam nam nowej kawy. Kawa była odpowiedzią na wszystko. - Kiedy odszedłeś, odwiedziła mnie Yona, tak jakby. Była pod postacią mojego ojca i podstępem wręczyła mi króliczą łapkę. Po pozbyciu się jej, zaczęła na mnie ciążyć klątwa siedmiu grzechów. Zażyłam eliksir, przez który Vivienne zaczęła rosnąć naprawdę szybko, abym mogła urodzić i zginąć, nie narażając jej. W ostatni dzień tego iście piekielnego tygodnia, pojawił się Lucyfer i dał mi wybór. Albo w sumie nie dał. Uznał, że powinnam być demonem i zgodnie z inicjacją na demona, musiały mnie rozszarpać moi przyszli towarzysze życia, którzy tak jakby czekali na mnie od wieków. - Pokręciłam głową, ani trochę w to nie wierząc. Znałam Mortiego i Tena, więc wiedziałam, że prędzej zostaliby pieskami kanapowymi, niż tyle czekali. - Obudziłam się w Piekle już jako demon z nowymi super zdolnościami i ponurym humorem. O, a tak w ogóle to skubaniec wytatuował mnie, kiedy byłam nieprzytomna. - Postukałam się palcem w wewnętrzną stronę nadgarstka, na której widniał pentagram - znak rozpoznawczy wszystkich demonów. - Teraz zawieram pakty z łatwowiernymi ludźmi, a po paru latach odbieram ich nieszczęsne dusze. 
- Nieźle streszczone - mruknął Jev, unosząc brwi. - Jeśli chodzi o mnie...
- Nie musisz nic mówić. Lucyfer wszystko mi opowiedział - przerwałam mu.
- Co? Skąd on niby to wiedział? - Wydawał się lekko oburzony.
Uniosłam brwi.
- Wiesz, jest Szatanem. Wie to i owo. 
Prychnął.
- Pewnie tak. - Przez chwilę milczał, wlepiając wzrok w zegarek. - Robi się późno.
- Tak. Bez wątpienia ten dzień, był ciekawy. - Zawahałam się na chwilę. - Chcesz zostać na noc? Wiesz, żeby Viv przyzwyczaiła się do twojego towarzystwa.
- Jasne. - Uśmiechnął się lekko. - Czemu nie?

Była godzina siódma. Wszyscy jeszcze spali. Cóż, oprócz mnie. I pani Freydez, która przyjeżdżała zawsze o piątej. Nawet nie wiedziałam, po co. Tak czy inaczej, stałyśmy w pokoju pełnym naprawdę wielu kwiatów. Ich swąd doprowadzał mnie do bólu głowy. Zmarszczyłam czoło.
- Kto to tu przyniósł? - zapytałam.
- Kurier. - Pogłaskała lekko ciemnoróżowego tulipana. - Wielu kurierów. Masz sporo fanów, Katherine.
- To nie fani, pani Freydez. To natręci. - Prychnęłam. - Nawet nie znam połowy nazwisk. - Podeszłam do jednego bukietu z karteczką z napisem: "Wesołych walentynek, Katherine. Twój na zawsze - Richard". - Kim oni, do diabła, są?
- Mnie się nie pytaj - burknęła. - Co mam zrobić? Wyrzucić? Oddać do szpitala?
- To już twoje zmartwienie. - Wzruszyłam ramionami.
- Peewniee. - Celowo przeciągnęła samogłoski. - Myślisz, że nie mam lepszych rzeczy do roboty? Chcę spędzić ten dzień z moim mężem!
- To trzeba było wziąć urlop, kobieto. - Potarłam skronie. - Pan Freydez może poczekać.
Prychnęła tylko, ale więcej nie protestowała. Został jej jeszcze chyba do mnie ostatni gram szacunku. Mimo wszystkich naszych sprzeczek, pani Freydez była dla mnie jak druga matka. Wiedziałam, że gdzieś tam kocha mnie i całą moją rodzinkę. 
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Ruszyłam w tamtą stronę gniewnym krokiem, spodziewając się kolejnego kuriera lub, co gorsza, wielbiciela. 
Ale kiedy otworzyłam drzwi, nieźle się zdziwiłam. Na zewnątrz stał około siedmioletni chłopiec. Miał jasne oczy i brązowe włosy. Wyglądał uroczo. W jednej dłoni trzymał kwiatek.
- Ja do Vivienne - powiedział, uśmiechając się czarująco.
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, kiedy wparowała moja córka.
- Och, rany boskie, mamo, zamknij drzwi - jęknęła, patrząc się ze zgrozą na chłopca. - Smith, mówiłam ci, żebyś dał mi święty spokój.
- Ale ja... - wyglądał jak zbity szczeniaczek.
Nie dała mu dokończyć, trzaskając mu drzwiami przed nosem.
Popatrzyłam na nią znacząco.
- No, co? - Wzruszyła ramionami, udając się do chyba z powrotem do pokoju. - Ty też tak robisz.
Parsknęłam śmiechem, ale nie odezwałam się.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz