Wysiadłam z lśniącego, kruczoczarnego volvo, lekko zamykając drzwiczki. Naprawdę uwielbiałam ten samochód, jednak daleko mu było do Mac'a. Przynajmniej jego właściciel był z nikim nieporównywalny. No, dobra, był, ale przecież nie musiał o tym wiedzieć, prawda?
Kiedy tylko Cillian po nas przyjechał, odstawiliśmy Vivienne do Chris'a. Następnie udaliśmy się na coś, co według mojej córki było randką, według Cilliana grą wstępną, a według mnie zwyczajnym spotkaniem dwójki przyjaciół w restauracji. Ze świecami. I lampką wina. Dobra, to może była randka.
- Bez sensu - mruknęłam, wchodząc do środka. - Obydwoje nie musimy jeść, więc po co tu przyszliśmy? Nie moglibyśmy po prostu iść do kina? Jest nowy film sci-fi, podobno ciekawy...
- Stul dziób, skarbie - uśmiechnął się wyrozumiale, chociaż wiedziałam, że był temu daleki. Zmrużyłam gniewnie oczy i pacnęłam go lekko w ramię. Roześmiał się tylko, krocząc dumnie na zarezerwowane przez nas miejsca. - Patrz lepiej, jak romantycznie.
- Tu nie może być romantycznie - burknęłam, rozglądając się po czymś, co może jednak do końca nie było restauracją. - To miejsce dla plebsu, Cill. Co my tu robimy?
- Spędzamy miło czas. - Ani o jotę nie zmienił szelmowskiego tonu swojego głosu, odsuwając przy tym moje krzesło. - Dlaczego chociaż raz nie możesz po prostu cieszyć się chwilą? Czy nie jesteś szczęśliwa?
Chciałabym odpowiedzieć, że jestem całkowicie szczęśliwa i w moim życiu niczego nie brakuje. Naprawdę, byłam o krok od wypowiedzenia tych słów. I nie powstrzymały mnie szargające w moim wnętrzu wątpliwości, ani też skrawki wspomnień, kiedy byłam naprawdę, niezaprzeczalnie szczęśliwa. Właściwie to, nawet jeśli nie była to całkowita prawda, mogłam powiedzieć Cillianowi, to co zamierzałam.
Jednak w powietrzu coś się zmieniło. Jako stuprocentowa istota nadnaturalna wyczuwałam aury i energię, a te dwa czynniki wyjątkowo przebijały się przez całą resztę. Och, były mi one niezwykle bliskie. Podnosząc wzrok, wiedziałam już kogo ujrzę, chociaż nawet nie odnalazłam go spojrzeniem.
- Nie odwracaj się - szepnęłam ledwo dosłyszalnie do mojego partnera, a on niespokojnie drgnął na fotelu. Pewnie myślał, że grozi nam niebezpieczeństwo, chociaż takie rzeczy praktycznie nie istniały dla demonów. Cóż, niebezpieczeństwo nie dotyczyło go, ale mnie. A raczej mojego serca.
Jev nie zmienił się nawet troszeczkę, chociaż był teraz człowiekiem i starzał się, jak inni. Liczyłam na to, że będę w stanie go unikać, aż wreszcie umrze. Mimo bólu, jaki by mnie wtedy przepełniał, czułabym jednakże też ulgę. Byłabym wolna od wszelkich emocji i uczuć, które niegdyś do niego żywiłam. A szczególnie teraz, kiedy patrzyliśmy sobie w oczy, to wszystko starało się wyjść na powierzchnię.
Nie dałam się. Można było zarzucić mi wiele, ale nie byłam słaba. Zaparłam się, a mój wzrok stwardniał i natychmiast go odwróciłam. Cillian rzucał mi pytające spojrzenia raz po raz, widząc, że coś najpierw mocno mnie wytrąciło z równowagi, a potem zirytowało. Co jak co, ale to pierwsze nie zdarzało się często.
- Możemy zmienić lokal? - zauważyłam, że mój głos był dziwnie zachrypnięty.
- Co się stało? - zapytał łagodnie, dotykając mojej ręki, jakby była ze szkła. - Kto tu jest?
- Jev. - Było to prawie jęknięciem. - Możemy?
Obejrzał się przez ramię. Super. Po prostu nie mógł się powstrzymać.
- Przestań - syknęłam. - Chodźmy.
Uniósł dłonie w geście poddania.
- Cokolwiek rozkażesz, kochanie. - O mój Boże. Czy on mógł przestać działać mi na nerwy? A nawet się nie starał! Rany, dlaczego on jednocześnie rozumiał mnie tak bardzo i tak mało?
Szybkim krokiem zaczęłam przemierzać restauracyjkę w kierunku wyjścia. Cóż, właściwie taranowałam wszystkich, przechodząc szybko. A raczej uciekając. Byłam strasznym tchórzem. Wiedziałam o tym.
Nagle wpadłam na kogoś gwałtownie, a ten ktoś pod wpływem popchnięcia wylał swój napój na siebie. Zacisnęłam szczękę, przeklinając swoją ignorancję i spojrzałam przepraszająco na kobietę, a raczej dziewczynę, w ciąży. Ej, jakby był to ktoś inny, nawet małe dziecko, to pewnie przeszłabym obok obojętnie. Ona jednak wyglądała jak pięć kilo nieszczęścia.
- Przepraszam bardzo, to było nieumyślne z mojej strony - zaczęłam szybko, sięgając do portfela. - Ta bluzka nadaje się już pewnie do niczego. Proszę. - Podałam jej pięćset funtów. - To zrekompensuje stratę? Mogę też odkupić napój.
Dziewczyna otworzyła szeroko usta.
- To... To za dużo... - powiedziała cicho.
W tym momencie musiał podejść do nas nie kto inny, jak Jev.
- Kim, wszystko w porządku? - rzucił w jej stronę pytanie, praktycznie zgniotłam mój portfel. Rękę Cilliana spoczywająca na moim ramieniu wydawała się mnie teraz palić jak ogień, jednak czerpałam przyjemność z tego bólu. Przynajmniej nie myślałam o innych sprawach.
I wtedy do mnie dotarło.
Oni się znali. Ona była w ciąży.
O mój Boże.
W tył zwrot, Kathy, bo wybuchniesz, powiedziałam sobie w myślach i bez słowa, w pełnym szoku, zaczęłam wycofywać się w kierunku wyjścia.
Jev? Ja wiem, że przynudzam, ale cóż... :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz