- ...i wtedy ten dupek, Carl, walną mnie tym kijem prosto w rzepkę. Wiesz, jak to bolało? Mocny był, nie ma co. Miałem złamanie otwarte. Ten kretyn okradł mnie i pobił, ale nie mogłem mu nic zrobić! Ci pieprzeni biurokraci! Teraz mnie rozumiesz? Jesteś w stanie rozwiązać mój problem? - Mężczyzna o imieniu Jackson spojrzał na mnie z nadzieją, zaciskając swoje dłonie w pięści. Udałam ziewnięcie. W rzeczywistości od miesięcy nie spałam. Byłam martwa, nie potrzebowałam tego.
- Mogłem rozwiązać twój problem za nim zacząłeś opowiadać mi swoją biografię, kolego - mruknęłam, opierając się o swojego kochanego, krwistoczerwonego McLarena. - Powiedz mi tylko, czego ci potrzeba. Nie, czekaj. Niech zgadnę. Chcesz go zabić?
- Coś ty - uśmiechnął się diabolicznie. Znaczy, nie tak diabolicznie, jak potrafił mój dobry przyjaciel i szef Lucyfer, lecz był to jeden z tej właśnie kategorii uśmiechów. - Najpierw zacznę od podstaw. Spraw, żeby jego żona zakochała się we mnie bez pamięci. Wykorzystam i złamię serce tej szmacie, która czynnie brała udział w poniżaniu mnie. Potem porwę jego kochane córeczki, przywiążę do drzewa na zimną noc i tak zostawię. Nie obchodzi mnie, co się z nimi stanie. I wtedy dorwę tego sukinkota... Nie musisz mnie wyręczać. Sam zabiję go powoli i brutalnie. A wtedy ty zrobisz czary mary, by oczyścili mnie ze wszystkich zarzutów. Mniej więcej łapiesz?
Ach, te dzieci, pomyślałam. Teraz to znajdują sobie zabawy. Nie żebym miała coś przeciwko. Byłam w końcu demon na pełen etat i zimnokrwistą morderczynią, która miała na koncie więcej ciał, niż Elżbieta Batory i Belle Gunness razem wzięte. A potem wracałam do swojego szczęśliwego domku, by spędzać czas z córką i przyjaciółmi. Życie było piękne.
- To proste, więc dałabym ci standardowe dziesięć lat, ale masz dwa życzenia, więc zastanowię się nad ośmioma - oparłam palce na brodzie, podkreślając moje zamyślenie. W tym czasie Jackson zbladł, jakby obawiał się, że upomnę się o jego duszę od razu. - Hm, znaj moją dobroć. Myślę, że ponownie spotkamy się za dziesięć lat, kolego. A teraz podpisz się tutaj.
Parę godzin później patrzyłam na radosne dzieciaki skaczące po Chuck E. Cheese, niczym kurczaki na Wielkanoc. Jeszcze rok temu w życiu nie wyobraziłabym sobie siebie w takim miejscu, szczególnie, że tutejsza maskotka - Chuck - wbijał we mnie raz po raz pożądliwe spojrzenia. Rany boskie, a ja pozwalałam mojej córce regularnie spędzać tu czas.
- Jesteś za mądra na tą dziecinadę - powiedziałam do Vivienne, kolejny raz obrzucając pizzerię spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Na to dziewczynka tylko przewróciła oczami. Często to robiła. Kompletnie lekceważenie mojego autorytetu z jej strony. Ciekawe, kto ją tego nauczył. Ach, tak. Kochany, jak zawsze, Christopher.
Tak czy siak, mając zaledwie kilka miesięcy Vivienne wyglądała na dobrze rozwiniętą sześciolatkę o inteligencji prawie równej mojej. Podkreślając 'prawie'. Mnie nauczyło jeszcze dużo życie, a ona nie mogła powiedzieć, że miała podobne doświadczenie. Właściwie to była rozpuszczoną dziewuchą, która zawsze dostaje to, co chce. Moja krew.
- Słuchaj, może pojedziemy do wujka Chrisa? - zaproponowałam, uśmiechając się słodko. Dobra, starałam się do niej trochę przymilić, jednak ona nie dała się nabrać.
- Znowu spotykasz się ze swoim chłopakiem - stwierdziła rzeczowo, przyglądając mi się pruderyjnie.
- Skarbie, ja nie mam chłopaka. To strasznie prostackie określenie. Po za tym, tylko się przyjaźnimy - wzruszyłam ramionami w myślach dodając: "Z korzyściami". Ona jednak nie musiała tego wiedzieć. Wychowywana bez ojca... niech diabli wezmą tego gościa! bez obrazy, Lucy... przywykła do moich częstych randek, jednak znałam ją i czułam, że w głębi duszy pragnie, żebym wreszcie znalazła 'tego jedynego' i nareszcie się ustatkowała. Chciałam jej powiedzieć, że już to raz zrobiłam i wcale nie wynikło z tego nic dobrego. A zresztą. Byłam szczęśliwa mają ją, Chrisa, Pavla, Thomasa i moich nowych diabolicznych przyjaciół. - Po prostu... - przerwałam, ponieważ zadzwonił mój telefon.
- Gdzie jesteś, Kath? - po drugiej stronie usłyszałam głos Cilliana, mojego 'przyjaciela', o którym Vivi nie musiała wiedzieć wszystkiego. - Byliśmy umówieni na dwudziestą, a jest już pięć po.
- Wybacz, ale musiałam zająć się córką. - Owa córka słysząc to, pokazała mi język. - Przyjedziesz pod Chuck E. Cheese? Wiesz, że tylko jeden jest w Londynie. Na pewno trafisz.
- Jasne. Zaraz tam będę. Do zobaczenia, kochanie. - Niemal zobaczyłam jego uśmiech. Nie byłam zbyt ciepłą osobą, więc melodramatycznie przewróciłam oczami.
- Yup. Czekamy - odpowiedziałam, rozłączając się.
- Słyszałam to 'kochanie'. Naprawdę nie uważasz, że tak mówiłby do ciebie twój chłopak? - zagaiła Vivienne, a ja prychnęłam tylko lekceważąco.
Jak dorośnie, to zrozumie.
Jev?
Wiem, że cię wkurzyłam, ale nie mogłam się oprzeć :))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz