- Piłeś lemoniadę. - zauważyła Katherine podsuwając filiżankę pod głowicę ekspresu (przynajmniej tak sądziłem, że się nazywała ta dziurka z której wylewa się kawa). Nigdy nie należałem do elity baristów, choć chętnie piłem poranną kawę.
- Jestem wampirem. - przypomniałem jej i nagle dotarło do mnie to co się stało przed niespełna trzema godzinami. Poród Kim. Powrót do wampiryzmu. Szybki numerek w łazience. Uświadomiłem sobie, że potrzebuję się karmić. Natychmiast. Kły zaczęły boleśnie pulsować, wysuwając się z dziąseł. Wciągnąłem powietrze wraz z wszystkimi zapachami tego domu. Pani Freydez swobodnie krzątała się po kuchni, zapamiętałem sobie, że nie darzy mnie zbytnią sympatią, a jeśli bym ją zaatakował - ponownie, w moim życiu - Katherine z pewnością nie zgodziłaby się na kolejny numerek. Chcąc uniknąć takiego przebiegu zdarzeń, zapytałem więc:
- Masz jakieś zbędne torebki z krwią?
- Sądzisz, że wciąż obrabiam szpital św. Tomasza? - mruknęła poszukując cukru, który leżał w porcelanowej cukierniczce pod nosem Cilliana uśmiechającego się, jakby był niezwykle zadowolony z obecnej sytuacji. I jakby to on zagrażał mi w względach Katherine.
Prychnąłem nieco rozczarowany jego niskim poziomem gry. Nie miał szans.
- Poniekąd - przytaknąłem na jej pytanie, nie przerywając znaczącej wymiany spojrzeń z rywalem - Ludzie robią wiele rzeczy dla hobby.
- No a demony? - wtrącił Cillian podając Katherine dwie kostki cukru w kształcie serca i czterolistnej koniczyny
- Opróżniają cukiernice z serc i koniczyn. - wzruszyłem ramionami i zbiegłem do piwnicy, gdyż Katherine wcześniej przesłała mi myślową wiadomość.
"Wyluzuj, resztki na dole, czwarte pomieszczenie, po lewej od wejścia. Zapach i tak cię doprowadzi"
Jakbym nie wiedział.
Pomieszczenie było całkiem spore i znajdowało się w nim więcej drzwi niż na całych dwóch piętrach. Domyślałem się, że większość to pokoje na dokumenty, archiwa, wyselekcjonowane niemalże alfabetycznie, gdyż Katherine gardziła nieporządkiem w takich sprawach. Chociaż, nie byłem pewien czym teraz dokładnie się zajmuje i w jaki sposób i czy w ogóle potrzebuje do tego jakichś dokumentów. Była demonem.
Cóż, czyli znów musiałem czuć uniżenie wobec niej, dobrze, że chociaż w łóżku mogłem przejmować inicjatywę (xD, boże co za zbok z tego Jev'a). .
Zgodnie ze wskazówkami znalazłem, również po przyciągającej woni, lodówkę z krwią przelaną już do butelek po Cherry Coke. Lodówka wyglądała jak lodówka należąca do osoby z poważnym uzależnieniem i schizą na punkcie napoju. Moje oczy chłonęły widok przez kilka sekund, aż w końcu bez ogródek wlałem do gardła ciecz, która natychmiast je ogrzała. Sięgnąłem po kolejną butelkę, tym razem powoli delektując się niezwykłym smakiem.
Stałem przy otwartych drzwiczkach srebrzystej lodówki, w którym nikło odbijała się moja postać. Dostrzegłem drugą. Łypnąłem okiem przez ramię i zobaczyłem...córkę.
CHOLERA. JAKIM JESTEM NIEODPOWIEDZIALNYM RODZICEM!
- Nie zapytam co robisz bo nie jestem głupia. - dziewczynka zwinnie wskoczyła na blat znajdujący się obok magazynu na krew i wyciągnęła rękę po jedną z buteleczek. Moje oczy musiały być jeszcze większe niż zwykle, jak u chorego psychicznie. Cóż, nikt nie powiedział, że mam dobrze poukładane w głowie.
Wierzchem dłoni otarłem usta, z których zapewne wisiały skrzepy krwi.
- Wyglądasz śmiesznie. - przyznała i przechyliła zabawnie główkę, wyglądając jak mały ciekawski ptaszek. Miałem ochotę ją przytulić i powiedzieć jak wiele dla mnie znaczy, choć wcale się nie znaliśmy. Nieodpowiedzialny rodzic, to ja.
- Cóż, nie dorównuje ci urodą. - uśmiechnąłem się ciepło, a ona zmarszczyła brwi
- Podrywaj moją mamę, nie mnie, to na nią działają takie teksty. - komicznie udawała obruszoną, ale z jej różowiutkich warg nie znikał uśmiech. Wydawała się skłonna do ironii. Miałem przed sobą mniejszą wersję Katherine. W chwili gdy zastanawiałem się czy ma coś ze mnie, do pomieszczenia wparował Thomas.
- Tu mi uciekłaś. - zaśmiał się gardłowo, ale spoważniał gdy wyczuł moją obecność. Nigdy nie byłem z nim w lepszych relacjach niż tych na cześć i picie wódki. Ale nie czułem też by był moim przeciwnikiem. - Cześć, Jev - przywitał się i wyciągnął rękę do dziewczynki.
- Och, daj spokój. Nie jestem dzieckiem. - fuknęła na niego, patrząc na jego dłoń - Za to on jest. Opróżnia moją lodówkę. - splotła ręce na piersiach w geście rychłego obrażenia. - Bez pytania. - ciągnęła przechadzając się wokół mnie - Jak dzieciak. - pokiwała niedowierzająco głową
- Czyż to tortury uniemożliwiające mi zapoznanie się z tą uroczą młodą damą? - udałem czarującego, wchodząc w jej małą śmieszną gierkę.
- Jaką damą? - zachichotała
- Właśnie, jaką damą? - spytała Katherine pewnym krokiem wchodząc do pomieszczenia i opierając się o lodówkę z taką siłą, że się zachwiała. Lodówka, rzecz jasna. Zmierzyła mnie wzrokiem mówiącym "Chyba jej nie powiedziałeś?".
Przesłałem jej myślowe "Przecież nie jestem nieodpowiedzialnym rodzicem". Nie musiała wiedzieć, że Vivienne nakryła mnie na sączeniu krwi.
- Przyłapałam go na sączeniu krwi. - dziewczynka wskazała mnie palcem i uśmiechnęła się jak demoniczne dziecko. Którym z resztą była.
- Pozwoliła mi. - dodałem na swoją obronę, wskazując palcem Katherine, która wpatrywała się w naszą dwójkę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz