środa, 10 lutego 2016

Od Katherine - CD historii Jev'a

Nie zdziwiłam się, kiedy poczułam palącą moje wnętrze irytację zmieszaną z nutką zazdrości. Jev za to przybrał zmartwiony wyraz twarzy i prawie natychmiast pognał w stronę lokalu. Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Nie dlatego, że tego potrzebowałam, ale dlatego, żebym nie dostała nagle nagłego napadu szału. Albo smutku i niekontrolowanego płaczu. To drugie było o wiele mniej obiecujące, ale nie mogłam nic poradzić na to, że Jev, nawet nieświadomie, ranił mnie jak mało kto.
Nie wiedziałam, ile tak stałam, gapiąc się pustym wzrokiem, który sięgał za szybę restauracyjki, w której Jev właśnie otulał ciężarną wijącą się w spazmach bólu. Niby wiedziałam, jak to jest, ale ja zawsze w takich sytuacjach panowałam nad sobą. Nie wiem, jak było za pierwszym razem, ale podczas drugiego porodu nawet nie pisnęłam, chociaż rozdzierało mnie od środka. Rany, dlaczego żadne leki uśmierzające ból nie mogły wtedy na mnie zadziałać? 
Nie zapominałam również o fakcie, iż ciągle domyślałam się, kto jest ojcem dziecka. I jeśli faktycznie był to Jev, to noworodek tej dziewczyny dostanie coś, czego moja Vivienne nie będzie mogła dostać już pewnie nigdy. Ojca. Ja sama miałam niewiele dobrych wspomnień z moim, chociaż w młodości go uwielbiałam. Wszystko to jednak zostało zasłonięte kotarą nienawiści, którą teraz do niego czułam.
Za nim się obejrzałam i pomyślałam o tym, co robię, weszłam do środka. Cały personel i goście klęczeli, bądź stali nad rodzącą, starając się podtrzymać ją na duchu. Usłyszałam, jak ktoś wzywa karetkę. Wątpiłam, by przyjechała na czas. Na dodatek żadna z osób wokoło wyglądała, jakby nie wiedziała co robić. Większość osób uciekło, korzystając z zamieszania i jednocześnie przerażonych, że będą musieli coś zrobić. Nie dziwiłam się, że nikt tu nie miał doświadczenia. Wszyscy tu byli albo licealistami, albo studentami. Jednak moją najgorszą myślą było to, iż jestem tu jedyną osobą z wiedzą na temat porodu. 
Westchnęłam. Mogłam zwyczajnie odejść i pozwolić umrzeć jej dziecku, bo bez wątpienia nie przeżyłoby tego. Nawet nie wiem, co mnie powstrzymało. Być może zmiękłam. Być może była to moja daleko ukryta miłość do Jev'a. Nie chciałam, by cierpiał z powodu tej dziewczyny.
Och, tak czy inaczej zmiękłaś, Kath, pomyślałam, podchodząc do nich.
- Zdejmij jej spodnie - powiedziałam cicho, nie wierząc w to, co robię. Naprawdę zamierzałam pomóc tej dziewczynie? To naprawdę nie było w moim stylu. 
- Co? - zdziwił się. 
Przewróciłam oczami.
- Zdejmij jej spodnie - powtórzyłam spokojnie. - Chcesz, żeby rodziła w nich?
- Ach, tak - mruknął, zaczynając wykonywać daną czynność. Jego zachowanie mówiło o tym, jak bardzo niezręcznie się czuł. Och, błagam. Musiał przecież z nią spać, żeby zrobić jej dziecko, nie?
- Niech ktoś przyniesie ciepłą wodę i koce. Byle szybko. - Obrzuciłam rodzącą badawczym spojrzeniem, jakby była okazem w zoo. A nich się tak czuje. Nie posiadałam nawet grama sympatii skierowanej do niej. Czułam się nawet trochę urażona, patrząc na jej ładną, aczkolwiek bardzo młodą twarz. Oczywiście, że musiała spodobać się Jev'owi. - Powiedziałabym, żebyś zaczęła przeć, ale byłoby to niebezpieczne. Zresztą, wszystko jest teraz niebezpieczne. Jest szansa, że umrzesz. 
Jęknęła gardłowo, a Jev obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem. Uśmiechnęłam się lekko.
- Masz szczęście, że tu jestem. - Uklękłam przy niej, kładąc jej dłoń na ramieniu. - To bardzo naturalne. Kobiety zostały do tego stworzone. Po prostu rób, co uważasz za słuszne, by ocalić dziecko.
Popatrzyła na mnie ze łzami w oczach.
- Robiłaś to już kiedyś? Rodziłaś? - zapytała słabo.
Nie chciałam rozmawiać o tym przy Jev'ie, ale zresztą on i tak już nic nie pamiętał.
- Tak. - Ścisnęłam lekko jej ramię. - Nie jestem lekarzem, ale sądzę, że masz odpowiednie rozwarcie. Możesz zacząć przeć.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz