piątek, 12 lutego 2016

Od Katherine - CD historii Jev'a

Zacisnęłam usta w wąską linię.
- Tak, pewnie tak - przyznałam mu rację po chwili zastanowienia. - Jest bardzo spostrzegawcza, ale nie, aż tak, aby zacząć domyślać się, że przypadkowy facet może być jej ojcem.
- "Przypadkowy facet"? - fuknął, urażony.
- Wiesz o co mi chodzi. - Dobra, może faktycznie źle to zabrzmiało, ale nie miałam zamiaru tego przyznawać. - Po prostu... Może chodź ze mną, a ja przedstawię cię jako przyjaciela. Cóż, pewnie nie za bardzo mi uwierzy, kiedy poczuje twój zapach na mojej skórze, ale zawsze można spróbować. Uch, dzięki Bogu, że przestała tak szybko rosnąć rosnąć i rozwijać lepiej swoje zmysły, kiedy eliksir przestał działać.
- Jaki eliksir? - Zmarszczył brwi.
Pokręciłam głową.
- To teraz nie ważne. Myślę, że może później ci wszystko opowiem. A teraz chodź. - Wyciągnęłam w jego kierunku dłoń. Przyjął ją, patrząc się na mnie podejrzliwie, a ja tylko odpowiedziałam mu uśmiechem. - Mam teraz o wiele więcej super zdolności. I przenoszenie się to jedna z nich.
Za nim którekolwiek z nas zdążyło mrugnąć, pojawiliśmy się przed moim domem. Kompletnie rozkojarzony Jev cofnął się o kilka kroków, rozglądając się w okół siebie.
- Wow. Serio. Wow. - Najwyraźniej tylko tyle wpadło mu do głowy.
Jakiż on był rozkoszny. Jednak olałam go i ruszyłam w kierunku drzwi wejściowych, czując w nerwy skręcające się w żołądku. Ale nie było już wyjścia, kiedy chwyciłam za klamkę i nacisnęłam, starając się otworzyć drzwi. Niestety, były zamknięte. Przewróciłam oczami i otwartą ręką zaczęłam w nie walić.
- Pani Freydez! Rozmawiałyśmy o tym! - krzyknęłam.
- Nie moja wina, że coraz częściej przychodzą tu nieprzyjemne typy. - Zza drzwi usłyszałam sarkastyczny głos mojej jakże wspaniałej i kochanej gosposi. Po chwili usłyszałam szczęknięcie i drzwi się otworzyły, a ona spojrzała na znacząco.
- Te "nieprzyjemne typy" mają klucze, pani Freydez - odrzekłam, bezceremonialnie wchodząc do środka. W końcu to był mój dom albo tak przynajmniej sądziłam. Pani Freydez, Vivienne, Chris, a nawet Cillian bywali tutaj znacznie częściej. Ja rzadko miałam wolne, a Lucy wprost uwielbiał wyniki mojej pracy. 
- Bo rozdajesz je na prawo i lewo, Katherine - zauważyła, sugestywnie unosząc brwi.
Prychnęłam tylko w odpowiedzi i udałam się do kuchni.
- Dzień dobry. - Usłyszałam jeszcze, jak Jev mówi do pani Freydez i uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Ty znowu tutaj? Po tym jak zostawiłeś moje dziewczynki? - żachnęła się i niemal wyobrażałam sobie, jak kręcąc głową wyszła do innego pokoju.
Ja tym czasem natknęłam się na Cilliana siedzącego w mojej kuchni i popijającego kawę. Rany, czy naprawdę musiał tutaj być? Widząc mnie, nie wykazał zbyt wielkiego entuzjazmu, tylko skinął głową w moją stronę i wrócił do czytania jakiegoś magazynu, który miał przed sobą.
- Mógłbyś chociaż wziąć sobie podkładkę - burknęłam, patrząc jak zostawia kawowe ślady na blacie.
- I tak nie ty sprzątasz - wzruszył ramionami. Przysiadłam się do niego i w tym momencie wszedł Jev, stając jak wryty na widok Cilliana i zaciskając gniewnie szczękę. Ten okazał odrobinę więcej szacunku, uśmiechając się do niego lekko i kiwając głową. - Pieprzyliście się?
- A przeszkadza ci to? - zapytałam, podbierając brodę dłonią.
- Skądże znowu - roześmiał się, popijając łyk kawy. - Tylko się pytam. Z grzeczności. Widzisz, jakim jestem dżentelmenem? Robię postępy.
- To nie było pytanie z grzeczności, tylko zwykła wścibskość. - Postanowiłam zmienić temat, ponieważ już stąd czułam, jakby Jev miał zamiar zaraz wybuchnąć. - Gdzie jest moja córka?
Wzruszył ramionami.
- Chyba gdzieś wyszła.
- Sama? - Gwałtownie się podniosłam do pionu, nadal siedząc.
- Nie, z Thomasem. Poszli na lody, tak sądzę. Powinni wrócić za jakąś godzinę - odpowiedział, śmiejąc się cicho z mojego napływu strachu. - Nie martw się, Kath. Nigdy bym jej nie puścił nigdzie samej. - Klasnął nagle w dłonie. - To co? Chcecie kawy?
- To mój dom - mruknęłam, ale i tak podeszłam do ekspresu.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz