Nie powinienem w takiej chwili, ale porównywałem je do siebie. Kim była..ciepła. Troszczyła się o innych. Katherine na taką nie wyglądała. Przybierała maskę chłodnie opanowanej, lecz podejrzewałem, że tak naprawdę wszystko w niej wrzy. Pragnienie zemsty na kimś kto ją skrzywdził było ograniczane przez ból jaki wtedy doświadczyła. Nie miałem pojęcia dlaczego zacząłem analizować ją w takiej chwili. Może dlatego, że okazała żal, do którego pozornie nie była zdolna?
Gdy Kim wystękała przez urywane oddechy pytanie do Katherine, a ta odpowiedziała twierdząco, zmiękłem. I nagle znalazłem się w pokoju pełnym luster.
Sprawiało to iluzję, czegoś co już zobaczyłem. Byłem pewien, że się nie mylę.
Podchodząc kolejno do luster ułożonych w odległości niecałego metra od siebie, zauważałem pewne postaci. Przyglądałem się temu z zaciekawieniem, choć te osoby mnie przerażały. Pragnąłem wrócić do mojej przyjaciółki i pokrzepić ją w tej trudnej chwili, ale to było silniejsze. Byłem bliski prawdy o sobie. Prawdy, którą ktoś chamsko przede mną zataił.
W pierwszym lustrze odbijał się chłopak o takich samych oczach jak moje, ale młodszej twarzy i lżejszej posturze. Ubrany był w białą koszule zapinaną na guziki oraz brązowe, wyglądające na stare i przetarte spodnie. Był pochylony nad koszem jabłek.. Nad nim stał grubawy mężczyzna zadający mu uderzenia narzędziem podobnym do bicza.
Zaczęło do mnie dochodzić, coraz więcej i więcej. Przypominałem sobie o moim pochodzeniu, dzieciństwie, którego nie spędziłem beztrosko, a zaganiany do pracy bądź czasami zmuszony do kradzieży.
W następnym był starszy już chłopak - również ja - któremu oczy robiły się radośniejsze na widok smukłej dziewczyny o włosach w odcieniu złocistej pszenicy. Spędził(em) długie miesiące nad usiłowaniem wyznania jej miłości.
Lustro numer 3 ukazywało tego samego chłopaka, nawet w tym samym stroju, wijącego się z bólu podczas przemiany.
W tym momencie odsunąłem się od lustra, wpadając na przeciwległe.
- Cholera. - zakląłem czując jak połamane szkło wbija się w moje łopatki. Sporo się wygimnastykowałem by je wyciągnąć. I znów je poczułem. Tym razem na całej powierzchni ciała. Nie musiałem już podchodzić do luster aby zobaczyć kolejne etapy mojego życia. Już to wiedziałem. Byłem trzy wiecznym..wampirem, który nie mógł odnaleźć szczęścia w życiu, aż do czerwcowego popołudnia, które spędzał nieopodal wieży zegarowej w Londynie. A jego uwagę przykuła tam...Katherine Aristow, przywódczyni klanu wampirów.
Zalała mnie fala poczucia winy. Już nie zastanawiałem się nad tym jak to się stało, dlaczego nie jestem już wampirem. Domyślałem się, że wspomnienia wrócą do mnie za jakiś czas i będę świadom siebie i swojego bytu. Snułem myśli nad tym co ona musiała teraz czuć i przez ten cały czas kiedy nie byłem obecny w jej życiu.
Bo wiedziałem, że jest do tego zdolna. Katherine Aristow nie robiła niczego z nieszczerych pobudek. Zapragnąłem to wszystko naprawić, ale jednocześnie czułem się nic niewarty. Wciąż pozostawałem człowiekiem. Moja postać nie mogła wrócić do mnie tak łatwo. Musiałem coś zrobić, aby przywrócić szczęście choć jednej osobie.
Powróciłem. Okazało się, że nie było mnie przez ułamek sekundy, w którym patrzyłem niemo na Katherine, klęczącą nad rozłożonymi nogami Kim. Zdziwiłem się, że takie rozszerzenie nóg jest w ogóle możliwe. Widziałem, że świetnie sobie radzi z tą sytuacją, w przeciwieństwie do personelu. Postarałem się również być bardziej spokojny. Ona wiedziała co robi.
Wciąż byłem oszołomiony, ale przykląkłem również nad Kim i chwyciłem ją za rękę, szepcząc słowa otuchy. Jednak cały czas wpatrywałem się w cały czas opanowaną Katherine.
Bo kilku minutach darcia się w niebo głosy, usłyszeliśmy płacz dziecka.
- Dziewczynka. - powiadomiła zebranych Katherine, trzymając małą w dłoniach. - Jest słaba. Nie przeżyje jeżeli karetka nie zjawi się lada moment.
- Musi. - zapłakała Kim i wyciągnęła ręce, chcąc ją wziąć.
Katherine przycisnęła niemowlę do siebie, karcąc wzrokiem świeżo upieczoną matkę.
- Nie. - powiedziała tylko - Czekamy na karetkę. Nie może się zmienić jej temperatura ciała.
Kim nie protestowała, choć po jej policzkach zaczęło spływać jeszcze więcej łez niż podczas wydawania dziecka na świat.
Napiętą ciszę przerwał alarm nadjeżdżającej karetki.
- Ekspresowe tempo. - pochwaliła ich Katherine, posyłając pełne dezaprobaty spojrzenie, każdemu z ratowników.
Wzięli Kim na nosze, a dziecko zabrali do inkubatora.
- Jedziemy do szpitala św. Tomasza - oznajmił ratownik, którego wszyscy odprowadzali wzrokiem, wciąż nie mogący pojąć tego, że zobaczyli cud narodzin w zapchlonej knajpie. A to ci ironia losu.
- To chyba koniec mojej roboty. - podsumowała Katherine, znów usiłując przyjąć pokerową twarz. Była też rozdrażniona, jak przed piętnastoma minutami. - Na mnie czas, jedź do św. Tomasza zobaczyć dzieciaka. - prychnęła
- Dziękuje - puściłem mimo uszu jej uwagę - Nie musiałaś.
Nic nie odpowiedziała, przez chwilę wpatrywała się w moje oczy, jakby na coś czekała. Były piękne, niczym szafirowe kamienie szlachetne, uśmiechnąłem się lekko na wspomnienie, które ceniłem.
Trwaliśmy dośc długiej ciszy, jednak czułem, że mógłbym tak spędzić następny wiek i nie mogłoby mi się to znudzić. Ale ona była..kimś więcej.
Przerwałem smutne rozważania.
- Tak czy inaczej, jeśli Kim się nie rozmyśli, a z tego co widziałem na tych dramatycznych filmach, to matki zatrzymują dziecko przy sobie.
- Nad czym miałaby się rozmyślić? - spostrzegłem, że nie dokończyłem zdania, a ona wyczuła niezgodność.
- Nad adopcją. Jakieś bogate małżeństwo oferuje jej pieniądze oraz opłatę czesnych za przyznanie im praw. Domyślasz się czemu to robi. - wzruszyłem ramionami
- Nie chcesz tego dziecka?
Spojrzałem na nią niedowierzająco. Jak mogła myśleć, że byłbym w stanie zbliżyć się do innej kobiety, kiedy to ona była centrum wszystkiego, co teraz widziałem. Miałem jednak na uwadze, że przez jakiś czas w ogóle o niej nie myślałem i była mi obca. Wtedy było całkiem dobrze, bo nie miałem obowiązku walczyć z dobrem i złem, ale teraz sytuacja się zmieniała.
- To nie moje dziecko. - podkreśliłem starannie każde słowo - A Twój przejaw dobroci pokazał mi kim jestem naprawdę, więc usiądź tu i powiedz mi jak mam odzyskać siebie.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz