Parę minut po ich wyjściu, ponownie usłyszałam pukanie do drzwi. Prychnęłam, zastanawiając się, kogo znowu tutaj przywiało. Nie podniosłam się, jednak, zajęta porządkowaniem listy osób, po których dusze niedługo przyjdzie mi się upomnieć. Mi przypadały przynajmniej dwie osoby dziennie + ci, którzy nagle postanowili nawiązać pakty. Yh, to stanowczo nie było fair. Reszta demonów miała o wiele mniej zleceń dziennie, czasem tylko jedno na tydzień, a było nas naprawdę dużo. Niestety, my - tak zwana "Gwardia Lucyfera", czyli ekipa, której trzymał się najbliżej - mieliśmy tego o wiele więcej. Może nie byłam długo demonem, ale Lucyfer ufał mi, jak mało komu.
- Dzień dobry, pani Freydez. - Usłyszałam śpiewny głos mojej demonicznej przyjaciółki, Eileen, która niemal ciągle nie przestawała się uśmiechać. - Jest Katherine?
- Witam, kochaniutka. - Przewróciłam oczami, słysząc przesłodzony głos mojej gosposi. Zauważyłam, iż bardzo polubiła Eileen. Według niej była najlepiej wychowaną osobą pośród moich przyjaciół. Być może miała trochę racji, ponieważ ona jako jedyna zawsze pukała, chociaż miała klucz. Dobra, może pani Freydez nie przesadzała. Naprawdę DUŻO osób miało klucze do mojego domu. - Katherine jest w gabinecie.
Nawet nie podniosłam głowy znad komputera, słysząc jej obcasy uderzające o posadzkę. Po chwili stała już przede mną, zamykając za sobą drzwi. Jej czerwone włosy, jak zawsze, sterczały na wszystkie strony, a z ust nie schodził jej radosny uśmieszek. Gdyby nie jej czarne ciuchy i buntownicze oczy, można by pomyśleć, że nadaje się bardziej na anioła, niż demona. Ja, jednak znałam ją lepiej.
- Błagam, nie mów mi, że spędzasz ten dzień samotnie, pracując. - Usiadła na krześle na przeciwko, przybierając zmartwioną minę. - Kto jak kto, ale ty? Mogę się założyć, że są miliony... Pfe, miliardy, młodych panów, którzy chętnie przyjęliby twoje towarzystwo. - Mrugnęła do mnie konspiracyjnie.
Spojrzałam się na nią, nie zmieniając nawet o jotę obojętnej mimiki twarzy.
- Podziękuję. Nie obchodzę walentynek - powiedziałam tylko, z powrotem przenosząc swój wzrok na ekran. Rany boskie, nazwisk na liście pojawiało się coraz więcej, a miały one dotyczyć tylko tego miesiąca. Będę musiała wmusić w kogoś odrobinę pracy. Albo pogadać z Lucyferem. To było wręcz niedorzeczne, żebym sama miała załatwiać tyle spraw.
- Tym się właśnie martwiłam - odezwała się Eileen, kiedy prawie już zapomniałam o jej towarzystwie. Ponownie przeniosłam na nią spojrzenie. - Słuchaj, zastanawiam się, czy nie powinnaś może stworzyć wreszcie zdrowego związku. Najlepiej z kimś, komu ufasz i kto ci się podoba. Długo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że Cillian jest idealny! Sypiacie ze sobą, to fakt, ale może to wszystko mogłoby się rozwinąć lepiej... Wiesz, chcę, żebyś była szczęśliwa.
- Powiedziała to dziewczyna, która zmienia narzeczonych, co miesiąc.
Byłam pewna, że gdyby nie była demonem, natychmiast, by się zarumieniła. Teraz spuściła tylko głowę, jakby w poczuciu winy.
- Zawsze myślę, że to ten jedyny... Cóż, przeliczam się.
Odetchnęłam, starając się włączyć w rozmowę odrobinę empatii.
- Słuchaj, strasznie mi przykro z tego powodu, ale nie sądzę, żeby moje życie uczuciowe było twoją sprawą. - Postarałam się, żeby zabrzmiało to, jak najdelikatniej.
- Oczywiście, że jest moją sprawą! - oburzyła się. - Jestem twoją przyjaciółką! Tak czy nie?
- Tak jesteś, ale...
- Nie ma żadnego "ale". - Gwałtownie wstała, obrażona. - Skoro ty nie dasz się namówić to idę do Cilliana. Być może mnie poprze. Bylibyście świetną parą.
Przewróciłam oczami, ale nie zdążyłam już nic powiedzieć, bo zniknęła.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz