niedziela, 27 lipca 2014

Od Jev'a - CD historii Katherine

Całą noc spędziłem w lesie, na otwartej przestrzeni. Większośc częśc wpatrywałem się w gwieździste niebo. Leżałem na trawie i odnajdywałem poszczególne konstelancje. Jak to każdy wampir miałem zdolnośc skupienia się na naprawdę wielu rzeczach jednocześnie. Bez problemów odnalazłem i połączyłem gwiazdy w kształty w niecałe 5 minut. Potem leżałem bezczynnie nie mrużac oka na sekundę. Tak naprawdę nie potrzebowałem dużo snu, ale bywały czasy, no dekady gdy byłem straszliwie leniwy. Istnieły też takie lata gdy nie potrafiłem usiedziec w miejscu paru sekund. Większośc dnia spędzałem wtedy w pubach, koncentrując się głównie na bilardzie i nie zjedzeniu ludzkich kompanów.
Gdy już świtało postanowiłem udac się na jeszcze jedno polowanie przed udaniem się do miasta. Co prawda byłem opanowany, ale nigdy nie wiadomo kto planowałby mnie podpuścic. Niektórzy Londyńczycy byli bardzo przesądni.
***
11:00
Polowanie na niedźwiedzia nieco mi się przedłużyło, wziąłem jeszcze kąpiel w jeziorze i umyłem czarne włosy. Przejrzewając się w oknach sklepów uznałem, że wyglądam jak niebezpieczny i przystojny mężczyzna. Taki też byłem. Wchodząc do dosyc znanego pubu Waterloo postanowiłem spędzic w nim większośc dnia w samotności, o ile mi się to uda. Spokojnym krokiem podszedłem do lady za którą stała wysoka brunetka o brązowych, podchodzących pod pomarańcz oczach (zastanawiałam się czy nie jest jedną z nas, ale wciągając jej zapach w nozdrza uznałem, że to tylko natura obdarzyła ją urodą i krągłościami).
- Dzień dobry. - powitałem ją i usiadłem na obrotowym krzesełku.
Miała na sobie szmaragdowy top bez ramiączek i dżinsowe szorty, jej brązowe proste włosy sięgały do bioder. Nigdy nie lubiłem kobiet z zbyt długimi włosami, wydawały mi się takie przesadzone.
Zlustrowała mnie wzrokiem i wyszczerzyła białe zęby w uśmiechu.
- Dzień dobry. - poszła w moje ślady - Co podac? - zapytała z szelmowskim uśmiechem
- Na początek shandy. - zamówiłem. Była to mieszanka piwa i soku imbirowego. Słodkie.
- Dobry wybór. - oznajmiła - Coś jeszcze?
- Na razie nie, dziękuje. - odparłem. Nie wiedziałem, czy barmanka będzie mi towarzyszyc, ale postanowiłem byc obojętny na dalsze podrywy.
W odpowiedzi zaśmiała się cicho i odeszła by po chwili powrócic z kuflem piwa.
Podziękowałem jej i zrozumiawszy, że tylko ja i sześciesiecioletni mężczyzna jesteśmy w barze wiedziałem, że dziewczyna nie da mi spokoju. Wziąłem poranną gazetę z lady i zacząłem czytac.
Na szyldzie gazety wyróżniały się:
"Ataki. Ludzie z rozszarpanym gardłem? Czyżby kolejna tragedia?"
Zakląłem cicho i znalazłszy artykuł począłem jego czytanie.
Ponad miesiąc temu znalazły się dwie osoby z rozszarpanym gardłem, policja postanowiła puścic tę sprawę w zapomnienie, ale tak właściwie londyńczycy nie zapomnieli o ubiegłych dekadach. Pół wieku temu miała miejsce krwawa epidemia. Sądzono, że to zwierzęta chore na wścieklizne są zdolne do zabicia człowieka w tak brutalny sposób, ale dziennikarze spotykając się ponownie, na własne oczy z martwymi ludźmi z dwoma dziurkami na skórze, szczególnie na szyi wiedzą, że to nie zwierzęta. Do miasta powróciły stwory rodem z koszmarów. Prosimy o zaopatrzenie się w drewno.
Tym razem wymówiłem zakląłem głośno tak, że długowłosa kelnerka aż podskoczyła.
- Co się stało? - zapytała odsuwając ode mnie pustą szklanicę po shandy. - To aż tak działa? - wybałuszyła oczy
Westchnąłem.
- Nie. - zaprzeczyłem próbując opanowac gniew. Jak Katherine mogła pozwolic na tak masowe ataki? Może ona sama była ich sprawcą? - Tylko... - nie miałem pojęcia jak wytłumaczyc moje uniesienie. Zaśmiałem się uspokajająco. - Zły poranek. - wzruszyłem ramionami.
- Ach, każdemu się zdarzy. - puściła do mnie perskie oko.
- Seledie! Natychmiast marsz do kuchni! - usłyszałem głośny krzyk
- Przepraszam - uniosła ręce w geście kapitulacji.
Rozległy się krzyki i donośne stuknięcia naczyń o podłogę.
- Dzień jak codzień. - przyznał znad gazety sześdziesieciolatek.
- Jak to? - spytałem zaciekawiony
- Seledie to młoda dziewczyna - przyznał - Kiedyś była zamężna, póki jej partnerowi stwór nie rozszarpał gardła. Wnętrzności pozostały, a krew wyparowała. - zaśmiał się gorzko - Teraz jej teściowa obarcza winą Seledie za tą katastrofę. Biedna dziewczyna! - przerwał na chwilę gdy usłyszeliśmy litanie przekleństw, tak gorzkich, że nawet wampir by się zmieszał. -
Poczułem ucisk w żołądku.
- Scar - wymówił swoje imię tak jakby nie było w nim "r".
- Jev. - podałem mu rękę, przyjął ją.
- Powiedział pan stwór? - zagaiłem
Westchnął zmieszany.
- Możesz uznac to za zabobon, ale widziałem wampira - ostatnie słowo wypowiedział niemal szeptem - Wiem, że żyją wśród nas udając naszych powierników, a pod osłoną nocy. - wykonał dziwny gest. - Hap! Polują. - zaśmiał się cierpko.
Usłyszałem kroki, osoby podążającej w naszą stronę.
Katherine, a kto inny.
- Ja tam nie wierzę w wampiry - oznajmiła z przekąsem wampirzyca.

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz