Westchnąwszy cicho, dyskretnie chwyciłem książki i schowałem ją w kurtce (co jak co, ale męska kurtka, ma zawsze dziesiątki kieszeni). Po chwili niepewnym krokiem do mojego stolika przyszedł ten sam kelner, jak to go nazwałem - Uczniak. I podał mi rachunek.
20 £ - widniało pod spodem, najwidoczniej Uczniak wziął mnie i Katherine na jeden rachunek. Posłusznie wyjąłem ze skórzanego grubego portfela 20 funtów, przy tym napręce dałem napiwek i wybiegłem.
Byłem głodny, musiałem jak najszybciej dostac się do lasu, by nie zaatakowac ludzi. Zmierzyłem w stronę "kuchni".
***
Zając, koza i borsuk - oto mój dzisiejszy obiad. Zwierzęta chyba wyczuły tą napiętą atmosferę i uciekły.
Kończąc z kozą zacząłem myślec o Katherine. Gdy zaczęliśmy rozmawiac o naszych zwierzętach, coś w niej pękło. Może dlatego, że jej zwierzę nie jest nieśmiertelne. Może poczuła ukłucie zazdrości, że mój towarzysz będzie żył wiecznie i nic mu nie zagraża. Jeśli Fiodor był krukiem, mieszkał w lesie. Jeśli Katherine chodziło o niego, powinna byc też w lesie. Włożyłem z palce do ust i zagwizdałem. Zza dwóch dębów wyłoniła się wysoka i smukła sylwetka czarnej jak noc klaczy z grzywą i ogonem tego samego koloru. Jej oczy lśniły radością i poufałością do mnie, a zęby błyszczały w świetle popołudnia, gdy rżała. Podbiegła do mnie (oczywiście była wyższa). Zwinnie wskoczyłem na jej grzbiet, na oklep i pogłaskałem jej grzywę. Ta ponowiła rżenie.
- Xana. - zamruczałem jej do ucha. Przekręciła do mnie głowę w stylu: "Jeśli nie masz jabłek, zsiadaj" - Mam. - zaśmiałem się cicho i podałem jej jeden kawałek szarlotki. Gdy go skonsumowała musnęła mnie nosem. - Potem. - oświadczyłem, na co ta parsknęła zniecierpliwiona. - Jedziemy. - chwyciłem jej grzywę i pociągnąłem lekko. Pobiegła...tam gdzie chciała. To ona mnie prowadziła.
***
Na pniu drzewa siedziała jasna postac odwrócona do mnie tyłem. Nie słyszała jak przyjechałem. Jej zwiewna biała sukienka sięgała kolan, a i tak za każdym podmuchem wiatru odsłaniała nieco więcej. Oczywiście miała na sobie mega wysokie białe obcasy, jakby inaczej. Wyglądała niewinnie i zmysłowe, ale była to jedynie przykrywka. Na ramieniu siedział jej czarny jak smoła kruk - Fiodor. Zauważył mnie i Xanę, ale nie odwrócił głowy.
Xana podtruchtała nieco bliżej aczkolwiek bezszelestnie niczym piórko unoszące się na wietrze. Dopiero wtedy Katherine przekrzywiła głowę by spojrzec. Pierwszym spojrzeniem obdarowała Xanę, która przybliżyła się do niej całkiem śmiałym krokiem, następnie stanęła dęba i wydała z siebie okrzyk radości. - Dzięki. - Zeskoczyłem z grzbiety klaczy i lekko ją poklepałem.
- Ty musisz byc Fiodor. - spojrzałem na kruka, na co ten zakraczał. - Jev. Wampir. Gośc, który przeszedł na inną dietę. Intelektualista. Hazardzista. Dobry bokser, damski kiedy trzeba. - puściłem perskie oko do Katherine. - No i przyjaciel Twej właścicielki. - posłałem jej łobuzerski uśmiech.
- Interesująca biografia - wycedziła moja przyjaciółka.
- Możecie nas zostawic samych? - zwróciłem się do zwierzaków. Xana i tak skubała wysoką trawę i nie wydawała się zainteresowana tematem. Fiodor bacznie obserwował mnie, Katherine i czarną klacz. Kruk zakrakał po raz ostatni tych dziesięciu minut i przysiadł na grzbiecie Xany. Kąciki ust Katherine nieco drgnęły w uśmiechu na widok mej pupilki i jej pupila. - Katherine... - zrobiłem pauzę - Zostawiłaś "Studium w szarłacie" - podałem jej ładnie oprawiony tomik
- Ach, dzięki . - po raz pierwszy chyba szczerze się uśmiechnęła
- Nie chciałem cię zdenerwowac tą rozmową o zwierzakach... - zagaiłem
- Chodziło o to...a pewnie nie zrozumiesz.
- Xana. - zawołałem klacz, która posłusznie przybiegła na moje wezwanie, przy okazji zrzucając z grzbietu drzemiącego Fiodora. - Xano. - spojrzełem na kruka, który po upadku nie mógł utrzymac się na nogac. Najwidoczniej dobry nastrój prysł jak bańska mydlana, bo na twarzy Katherine dostrzegłem zmarszczki. Katherine ujęła stworzonko w dłonie i przytuliła. - Daj mi go. - poprosiłem i wyciągnąłem ręce.
- Dośc już pomogłeś. - stwierdziła
Wywróciłem oczami i przytrzymawszy dziewczynę w talli by nie uciekała położyłem rękę na skrzydle Fiodora, natychmiast otuliła go kojąca i uzdrawiająca energia. Ten wybudziwszy się z lekkiego transu zakrakał i rozłożywszy skrzydła wzleciał ku niebu. Widząc jak Katherine martwi się o niego pozwoliłem sobie na komentarz.
- Tylko nie spóźnij się na kolację! - udałem głos Kathrine, na co ptak mnie obsrał.
Katherine parsknęła śmiechem. Wzniosłem oczy ku niebu i szybko wytarłem plamę na czarnej koszuli.
- Białe na czarnym! - zachichotała Katherine - Tak łatwo tego nie zmyjesz. - po chwili jasna kupa zaczęła śmierdziec.
- Shit! - zakląłem i ściągnąłem koszulę pod którą widniał mój nagi tors. - Szkoda, że na ciebie nie spadło. - zlustrowałem wzrokiem jej sukienkę. - Jedziemy na przejażdżkę? - rzuciłem okiem na Xanę. - Wszystko mi opowiesz, to czego nie rozumiem - dodałem i wyciągnąłem dłoń
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz