czwartek, 31 lipca 2014

Od Jev'a - CD historii Katherine

Następny dzień był bardzo upalny, co było dość przykrym zjawiskiem. Pomimo gorąca musiałem chodzić opatulony, by nikt nie wyczuł, że moja skóra nieco pobłyskuje. Czułem się ogólnie do kitu, ale musiałem zachować klasę. Postanowiłem przejść się do miasta, do tego pubu, w którym spotkałem Scar'a i młodą wdowę-kelnerkę. Chciałem dowiedzieć się więcej o tym tajemniczym miejscu, ale nie miałbym nic przeciwko shandy z poranka.
***
Przekręciłem gałke drzwi i wślizgnąłem się do restauracji niczym cień. Nawet dzwonek nie zadzwonił, który miał informować o przyjściu klienta. Za ladą stała ta sama Długowłosa, na mój widok nieco się rozchmurzyła.
- Dzień dobry - wychrypiała. Wyglądała dość koszmarnie, czułem bijący ból od niej. Miała na sobie białą bluzkę z doskonale ułożonym kołnierzem, czarną spódnicę i tego samego koloru rajstopy, buty na lekkim obcasie i apaszka owiniętą wokół szyi. Jej makijaż był niestaranny.
- Witam. - uśmiechnąłem się i kątem oka zerknąłem na dawne miejsce staruszka.
- Cześć, młodzieńcze. - pomachał do mnie. Pokiwałem głową na znak, że go widzę i zaraz przyjdę.
Zmartwił mnie nieco ponury nastrój w knajpie.
- Co podać? - spytał Długowłosa
- Dwie shandy. - puściłem do niej oczko.
- O.o.o - zawołał Scar - Ja nie pije.
Nie odpowiedziałem, wiedziałem, że i tak się skusi na piwo z oranżadą.
- Już podaje - orzekła i szybko napełniła dwie zgrabne szklanki.
- Coś nowego? - spytałem rzucając okiem na gazetę.
Wzruszyła ramionami.
- Niewiele. Znaleziono parę ciał w pobliżu starego cmentarzyska. - wskazała wers w gazecie, na którym widniało to samo. - Interesuje się tym pan? - zapytała
- Jev, nie pan. - odwróciłem kota ogonem.
- Seledie. - podała mi rękę, ale ledwo ją uścisnąłem odskoczyła ode mnie i wyszeptała rozpaczliwie - Demon.
Scar jak na staruszka dość szybko się poruszał bo w parę sekund znalazł się obok mnie i położył nam ręce na ramionach.
- Seledie! - wrzasnął kobiecy głos, a ta posłusznie pomaszerowała ku kuchni. Krzyk. Przeprosiny. Płacz. To chyba było na porządku dziennym.
- Ech... - westchnął Scar - Usiądźmy - złapał szklankę shandy i potruchtał do swojego stolika.
- Co się stało? - niezbyt łapałem czemu nazwała mnie demonem, ludzie nie mogli nas wyczuwać.
- Jev... - zaśmiał się Scar - Dobrze wiesz.
Nie za bardzo, ktoś mi to wyjaśni?
- Twoja przyjaciółka rzekomo nie wierzy w wampiry, ja wierzę i widziałem parę takich. Wiem, kim jesteś, Jev. - oznajmił całkiem spokojny. Spodziewałem się krzyku, walenia mnie po twarzy, wyciągnięcia drewna.
- Mylisz się.
- Próbowała mnie zahipnotyzować, ale noszę przy sobie gałąź białego dębu. - ciągnął dalej, no tak, białe drewno. - Myślałem, że wampiry są bardziej spostrzegawcze. - zaśmiał się
- Nie kwestionuje w ich umiejętności, nie drażnij, nie nachodź. - poradziłem mu. - Nie skrzywdzę cię, ale nie mogę tego powiedzieć o reszcie. Jesteś w niebezpieczeństwie, na Twoim miejscu nie chwaliłbym się tą wiedzą. - zmarszczyłem brwi.
Uniósł ręce w geście kapitulacji.
- Hola, hola, chłopcze. Spokojnie. Chcesz wiedzieć co się stało Seledie? - spytał
- A wyglądam na idiotę? Zaatakował ją wampir. - sam sobie odpowiedziałem
- Tak, teraz na każdego nieznajomego tak dziwnie reaguje.
- Mnie zna. - odparowałem jak uczniak.
- Ale wyczuwa tę aurę tajemniczości.
Westchnąłem głęboko.
- Chyba muszę już iść. - upiłem ostatni łyk piwa i wstałem, mężczyzna chwycił mnie za rękę. - Poczekaj. - poprosił - Chciałem ci powiedzieć, że rada miasta niedługo zarządzi coś w rodzaju obławy na wampiry. Przypilnuj swych braci by nie dopuszczali się tak karygodnych czynów.
- Oni nie są moimi braćmi. - żachnąwszy się wybiegłem z pubu.
***
Nie wiedziałem co o tym wszystkim mam myśleć. Obława ze strony rady. Walka wampirów z wampirami. Niższa rada i wyższa. Siedziałem na ławce w parku i rozmyślałem nad tym badziewnym życiem. Postanowiłem posiedzieć tu jakiś czas, a pod wieczór udać się na polowanie. Poszukałem w głowie informacji na temat białego dębu. Białe drewno było szkodliwe dla wampirów, wbicie go w jakąś część ciała nie zabiłoby, ale mogłoby doprowadzić do stracenia przytomności przez wampira. Odpychało klątwy i hipnozy. Starzec tylko udawał, że posłuchał Katherine. A jeśli rada miasta też nosi ze sobą białe drewno? Kim jest Scar i czego tak naprawdę chce? Zapadał już zmierzch, więc postanowiłem pojechać do Katherine i opowiedzieć jej o białym dębie. W parku spacerowały zakochane w sobie pary, więc musiałem udać się na skraj lasu.
***
Pstryknąłem w dwa palce i zagwizdałem cicho. Moja klacz bezszelestnie przygalopowała ku mnie.
- Xana. - pogłaskałam ją po głowie - Co u ciebie? - w odpowiedzi lekko zarżała i jak zwykle szukała u mnie jedzenia. - Wybacz. - skrzywiłem się - Tym razem nie buchnąłem szarlotki. - pokręciłem głową, a ta zrobiła nadąsaną końską minę. - Jedziemy na przejażdżkę - oznajmiłem i wskoczyłem na jej grzbiet. - W prawo, w lewo i w drzewo. - zaśmiałem się głośno, a ta z zaskoczenia podrzuciła mną i prawie wypadłem z "siodła" - Do Katherine - poprawiłem się szybko, a ta pogalopowała instynktownie.
***
Zatrzymałem się na werandzie i pozostawiłem Katherine w ogrodzie.
- Smacznej kwiaciarni. - pożyczyłem jej, kiedy ta zaczęła wypluwać gałąź róży bo nadziała się na kolce. Wzniosłem oczy ku niebu była pełnia.
Nagle ujrzałem rozbłysk świateł, czerwony dywan i specjalną lonżę. Katherine zorganizowała sobie garden party czy galę rozdania oscarów? Raczej obie imprezy.
Ech, co za kobieta.
Jakiś mężczyzna przyjmował gości. Stanąłem przed nim i przedstawiłem się
- Jev Roth. - gościu uniósł brwi i jego wzrok poszybował na listę. - Jesteś z Elity? - spytał przeglądając drugą, trzecią, czwartą, osiemnastą kartę!
- Tak, szef śmietanki towarzyskiej i dobrej zabawy. - wyszczerzyłem się w uśmiechu. - Wpuścisz mnie czy nie? - nie był to pytanie bo przeskoczyłem czerwoną taśmę i uśmiechnąłem się do niego triumfalnie. - Dzięki. - poklepałem go po ramieniu.
Weszłem do domu, wszyscy byli ubrani elegnacko, ja miałem na sobie czarną koszulę, tego samego koloru spodnie i czarne buty Caterpillar Parkdale. Wzrokiem odszukałem Katherine. Stała i uzgadniała coś z kelnerem, jej rozmowa była ożywiona, a ona sama świeciła blaskiem - jej suknia strasznie błyszczała. Gdy skończyła grozić kelnerowi podszedłem do niej i uniosłszy brew zapytałem:
- Oscary rozdajesz? - rozglądnąłem się po pomieszczeniu jeszcze raz - Mi by się należał za urodę. - zaśmiałem się
- Chyba za wścibskość.
- Nie dostałem zaproszenia. - pokiwałem głową przecząco. Wtedy kelnerka przyszła z białym winem. Sięgnąłem po kieliszek, Katherine również. Sącząc wino z niego ciągnąłem - Spotkałem wczoraj Twojego kochasia, mam nadzieję, że dzisiaj będzie grzeczniejszy i ranki się wygoją. - zaśmiałem się psychodenicznie. Chciałem jej dopiec, nie dlatego, że mnie nie zaprosiła na to durne przyjęcie, ale zebrały się we mnie dziwne uczucia. - I tak, świetne przyjęcie. - zauważyłem z sarkazmem - Och - westchnąłem teatralnie - Pan Andre nadchodzi. - pokazałem jej podbródkiem mężczyznę, który wszedł do holu. Miał na sobie smoking, a jego czarne włosy były zaczesane do tyłu. Szedł z obstawą w stylu "minigang vampire". Odwróciłem się i odszedłem w stronę pobratymców.

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz