***
Przekręciłem gałke drzwi i wślizgnąłem się do restauracji niczym cień. Nawet dzwonek nie zadzwonił, który miał informować o przyjściu klienta. Za ladą stała ta sama Długowłosa, na mój widok nieco się rozchmurzyła.
- Dzień dobry - wychrypiała. Wyglądała dość koszmarnie, czułem bijący ból od niej. Miała na sobie białą bluzkę z doskonale ułożonym kołnierzem, czarną spódnicę i tego samego koloru rajstopy, buty na lekkim obcasie i apaszka owiniętą wokół szyi. Jej makijaż był niestaranny.
- Witam. - uśmiechnąłem się i kątem oka zerknąłem na dawne miejsce staruszka.
- Cześć, młodzieńcze. - pomachał do mnie. Pokiwałem głową na znak, że go widzę i zaraz przyjdę.
Zmartwił mnie nieco ponury nastrój w knajpie.
- Co podać? - spytał Długowłosa
- Dwie shandy. - puściłem do niej oczko.
- O.o.o - zawołał Scar - Ja nie pije.
Nie odpowiedziałem, wiedziałem, że i tak się skusi na piwo z oranżadą.
- Już podaje - orzekła i szybko napełniła dwie zgrabne szklanki.
- Coś nowego? - spytałem rzucając okiem na gazetę.
Wzruszyła ramionami.
- Niewiele. Znaleziono parę ciał w pobliżu starego cmentarzyska. - wskazała wers w gazecie, na którym widniało to samo. - Interesuje się tym pan? - zapytała
- Jev, nie pan. - odwróciłem kota ogonem.
- Seledie. - podała mi rękę, ale ledwo ją uścisnąłem odskoczyła ode mnie i wyszeptała rozpaczliwie - Demon.
Scar jak na staruszka dość szybko się poruszał bo w parę sekund znalazł się obok mnie i położył nam ręce na ramionach.
- Seledie! - wrzasnął kobiecy głos, a ta posłusznie pomaszerowała ku kuchni. Krzyk. Przeprosiny. Płacz. To chyba było na porządku dziennym.
- Ech... - westchnął Scar - Usiądźmy - złapał szklankę shandy i potruchtał do swojego stolika.
- Co się stało? - niezbyt łapałem czemu nazwała mnie demonem, ludzie nie mogli nas wyczuwać.
- Jev... - zaśmiał się Scar - Dobrze wiesz.
Nie za bardzo, ktoś mi to wyjaśni?
- Twoja przyjaciółka rzekomo nie wierzy w wampiry, ja wierzę i widziałem parę takich. Wiem, kim jesteś, Jev. - oznajmił całkiem spokojny. Spodziewałem się krzyku, walenia mnie po twarzy, wyciągnięcia drewna.
- Mylisz się.
- Próbowała mnie zahipnotyzować, ale noszę przy sobie gałąź białego dębu. - ciągnął dalej, no tak, białe drewno. - Myślałem, że wampiry są bardziej spostrzegawcze. - zaśmiał się
- Nie kwestionuje w ich umiejętności, nie drażnij, nie nachodź. - poradziłem mu. - Nie skrzywdzę cię, ale nie mogę tego powiedzieć o reszcie. Jesteś w niebezpieczeństwie, na Twoim miejscu nie chwaliłbym się tą wiedzą. - zmarszczyłem brwi.
Uniósł ręce w geście kapitulacji.
- Hola, hola, chłopcze. Spokojnie. Chcesz wiedzieć co się stało Seledie? - spytał
- A wyglądam na idiotę? Zaatakował ją wampir. - sam sobie odpowiedziałem
- Tak, teraz na każdego nieznajomego tak dziwnie reaguje.
- Mnie zna. - odparowałem jak uczniak.
- Ale wyczuwa tę aurę tajemniczości.
Westchnąłem głęboko.
- Chyba muszę już iść. - upiłem ostatni łyk piwa i wstałem, mężczyzna chwycił mnie za rękę. - Poczekaj. - poprosił - Chciałem ci powiedzieć, że rada miasta niedługo zarządzi coś w rodzaju obławy na wampiry. Przypilnuj swych braci by nie dopuszczali się tak karygodnych czynów.
- Oni nie są moimi braćmi. - żachnąwszy się wybiegłem z pubu.
***
Nie wiedziałem co o tym wszystkim mam myśleć. Obława ze strony rady. Walka wampirów z wampirami. Niższa rada i wyższa. Siedziałem na ławce w parku i rozmyślałem nad tym badziewnym życiem. Postanowiłem posiedzieć tu jakiś czas, a pod wieczór udać się na polowanie. Poszukałem w głowie informacji na temat białego dębu. Białe drewno było szkodliwe dla wampirów, wbicie go w jakąś część ciała nie zabiłoby, ale mogłoby doprowadzić do stracenia przytomności przez wampira. Odpychało klątwy i hipnozy. Starzec tylko udawał, że posłuchał Katherine. A jeśli rada miasta też nosi ze sobą białe drewno? Kim jest Scar i czego tak naprawdę chce? Zapadał już zmierzch, więc postanowiłem pojechać do Katherine i opowiedzieć jej o białym dębie. W parku spacerowały zakochane w sobie pary, więc musiałem udać się na skraj lasu.
***
Pstryknąłem w dwa palce i zagwizdałem cicho. Moja klacz bezszelestnie przygalopowała ku mnie.
- Xana. - pogłaskałam ją po głowie - Co u ciebie? - w odpowiedzi lekko zarżała i jak zwykle szukała u mnie jedzenia. - Wybacz. - skrzywiłem się - Tym razem nie buchnąłem szarlotki. - pokręciłem głową, a ta zrobiła nadąsaną końską minę. - Jedziemy na przejażdżkę - oznajmiłem i wskoczyłem na jej grzbiet. - W prawo, w lewo i w drzewo. - zaśmiałem się głośno, a ta z zaskoczenia podrzuciła mną i prawie wypadłem z "siodła" - Do Katherine - poprawiłem się szybko, a ta pogalopowała instynktownie.
***
Zatrzymałem się na werandzie i pozostawiłem Katherine w ogrodzie.
- Smacznej kwiaciarni. - pożyczyłem jej, kiedy ta zaczęła wypluwać gałąź róży bo nadziała się na kolce. Wzniosłem oczy ku niebu była pełnia.
Nagle ujrzałem rozbłysk świateł, czerwony dywan i specjalną lonżę. Katherine zorganizowała sobie garden party czy galę rozdania oscarów? Raczej obie imprezy.
Ech, co za kobieta.
Jakiś mężczyzna przyjmował gości. Stanąłem przed nim i przedstawiłem się
- Jev Roth. - gościu uniósł brwi i jego wzrok poszybował na listę. - Jesteś z Elity? - spytał przeglądając drugą, trzecią, czwartą, osiemnastą kartę!
- Tak, szef śmietanki towarzyskiej i dobrej zabawy. - wyszczerzyłem się w uśmiechu. - Wpuścisz mnie czy nie? - nie był to pytanie bo przeskoczyłem czerwoną taśmę i uśmiechnąłem się do niego triumfalnie. - Dzięki. - poklepałem go po ramieniu.
Weszłem do domu, wszyscy byli ubrani elegnacko, ja miałem na sobie czarną koszulę, tego samego koloru spodnie i czarne buty Caterpillar Parkdale. Wzrokiem odszukałem Katherine. Stała i uzgadniała coś z kelnerem, jej rozmowa była ożywiona, a ona sama świeciła blaskiem - jej suknia strasznie błyszczała. Gdy skończyła grozić kelnerowi podszedłem do niej i uniosłszy brew zapytałem:
- Oscary rozdajesz? - rozglądnąłem się po pomieszczeniu jeszcze raz - Mi by się należał za urodę. - zaśmiałem się
- Chyba za wścibskość.
- Nie dostałem zaproszenia. - pokiwałem głową przecząco. Wtedy kelnerka przyszła z białym winem. Sięgnąłem po kieliszek, Katherine również. Sącząc wino z niego ciągnąłem - Spotkałem wczoraj Twojego kochasia, mam nadzieję, że dzisiaj będzie grzeczniejszy i ranki się wygoją. - zaśmiałem się psychodenicznie. Chciałem jej dopiec, nie dlatego, że mnie nie zaprosiła na to durne przyjęcie, ale zebrały się we mnie dziwne uczucia. - I tak, świetne przyjęcie. - zauważyłem z sarkazmem - Och - westchnąłem teatralnie - Pan Andre nadchodzi. - pokazałem jej podbródkiem mężczyznę, który wszedł do holu. Miał na sobie smoking, a jego czarne włosy były zaczesane do tyłu. Szedł z obstawą w stylu "minigang vampire". Odwróciłem się i odszedłem w stronę pobratymców.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz