Zmierzył mnie wątpliwym spojrzeniem.
- Nienawidzę zbyt słodkiej krwi - wyjaśniłam, uśmiechając się szarmancko. - A teraz idziemy! - ruszyłam. - Nie mogę się doczekać pomszczenia naszych braci.
- Skąd u ciebie takie słowa?
Nawet nie spojrzał w moją stronę.
- My, w Rosji, dbamy o swój honor.
Po jakimś czasie znaleźliśmy się przed małym, drewnianym domkiem. Zdziwiło mnie, że nie ma tam żadnego ogrodzenia, ani nic. Żadnych zabezpieczeń. To był zwykły domek leśniczego.
I co teraz? - spytałam go w myślach.
Teraz zaatakujemy - wyjaśnił.
A nie lepiej dać znasz o naszej obecności?
Po co?
Tak będzie więcej frajdy.
Spojrzał na mnie ostro, a ja uśmiechnęłam się rozbawiona.
Nie zapominaj kto tu jest szefem, Jev.
Nagle potknęłam się o niedostrzegalny sznurek. Oczywiście, jako wampir bez trudu go zauważyłam, ale było już za późno.
- Shlyukha - warknęłam, gdy z wnętrza domku wydobył się dźwięk dzwonka.
Od razu z chatki wyszedł chudy mężczyzna z koźlą bródką. Oczy miał tak czarne, że nie widać było źrenic. Na dodatek do pasa miał przypięte dwa srebrne kołki i strzelał do nas z karabinu.
Uśmiechnęłam się. Lubiłam takie akcje.
- Proszę pana - zaczęłam, unosząc ręce w obrończym geście. Zaczęłam się lekko przysuwać w jego stronę. - Uważam, że najpierw powinniśmy porozmawiać. Nie ładnie strzelać tak do ludzi.
- Nie jesteście ludźmi - syknął. - Jesteście krwiożerczymi bestiami.
- Wypraszam sobie - zaśmiałam się. - Nic nie łączy mnie z wilkołakami.
Wtedy strzelił. Głupek. Niby taki łowca... Powinien doskonale wiedzieć, że żadne naboje na nas nie działają. Przewróciłam oczami, gdy poczułam nieprzyjemne swędzenie. Nabój nie dał rady wbić mi się pod skórę. Mężczyzna zacisnął wargi i walną karabinem o ziemię. Wyjął kołki. Cóż. One mogły już coś zrobić.
- Katherine, odsuń się - nakazał mi poważnym głosem Jev.
- Nie ty tutaj rządzisz - warknęłam i odepchnęłam mężczyznę, kiedy prawie wbił mi kołek w ramię. - Zapominasz się. Pamiętaj, że mogę na ciebie wydać wyrok, a będziesz najbardziej poszukiwanym wampirem w Wielkiej Brytanii!
Nie zdążył odpowiedzieć, bo z chatki wybiegło jeszcze trzech mężczyzn. Zrobiłam wielkie oczy. Tamten którego odrzuciłam wstał, a teraz wszyscy nas otoczyli.
Jakieś pomysły, Wasza Wysokość? - syknął w myślach Jev.
Jeden - odpowiedziałam.
Ponownie uniosłam ręce do góry. Zaczęłam chodzić w kółko, pozyskując kontakt wzrokowy z każdym po kolei.
- Panowie - zaczęłam beztroskim głosem. - Nie szukamy kłopotów. Najlepiej, by było, jakbyście nas puścili wolno. Odrzucicie broń i się odsuńcie.
Zrobili, jak powiedziałam. Zaczęłam ich oceniać wzrokiem. W końcu wybrałam najmłodszego. Krew młodych najlepiej smakowała.
- Może ty też skosztujesz tej ambrozji? - mruknęłam do Jeva.
Najwyraźniej nie miał na to ochoty, bo odwrócił wzrok. Już miałam wbić śmiertelnikowi kły w szyję, gdy nagle ostry ból przeszył moje ciało. Przegapiliśmy jednego człowieka. Wybiegł z chatki i rzucił we mnie kołkiem. Ostrze przejechało po moim boku. Krzyknęłam i złapałam się w ranie. W tej sposób przerwałam urok.
Mężczyźni otrząsnęli się i zaczęli walkę. Głównie skupili się na mnie, ponieważ byłam teraz osłabiona. Nie miałam już czasu, ani ochoty na zabawę. Skręciłam kark jednemu. Zerknęłam na Jeva. On też nie miał łatwo. Choć z moim piekącym bokiem, byłam w gorszej sytuacji. Drugi, z którym walczyłam, wbił mi kołek w ramię. Syknęłam, ale na szczęście nie było tak źle, jak z bokiem. Odepchnęłam go i wbiłam mu kły w szyję. Poczułam słodki smak jego krwi. I pewnie czułabym się najedzona, gdyby w tym czasie ktoś nie wbił mi kołka w bark.
Cóż. Chyba miałam dzisiaj pechowy dzień.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz