- Pani Aristow, nie śmiałbym. - uśmiechnąłem się szelmowsko, a ta parsyknęła śmiechem, trochę za mocno bo dwóch dystyngowanych klientów odwróciło ku nam swe zaciekawione twarze. Zdjąłem swoje przeciwsłoneczne okulary i położyłem na stoliku, gestem przywołując kelnera. Był on średniego wzrostu, młodego wieku, ogólnie wyglądał jak przeciętny uczniak. - Dzień dobry. - rzekłem śmiało
- Witam, co podac? - spytał
- Jedną Moch'a <nie wiem jak się pisze> do tego dwa kawałki szarlotki na wynos. - odparłem
Gdy kelner oddalił się na tyle by nas nie usłyszec Katherine zachichotała cicho znad Sherlocka Holmesa.
- Zasmakowałeś się w szarlotce? - spytała tonem babci, która była w stanie dac swemu wnukowi tyle ciastek ile zdoła, byle go uszczęśliwic.
- Xana lubi jabłecznik - oznajmiłem, zapadła cisza. Jednak Katherine była zbyt ciekawa by nie dowiedziec się kim jest właścicielka tego imienia. - To moja klacz. - kładąc nacisk na każde słowo uśmiechałem szeroko.
- Chyba nie na długo. - stwierdziła
- Na bardzo długo. Przeżyła setki lat. - oznajmiłem ściszonym głosem
- Jak to? - zaciekawiła się
- To nieśmiertelny koń. Gdyby wampir próbował zatopic w niej swoje kły, zostałby sam w połowie uśmiercony. W jej żyłach płynie trucizna, ale Xana to spokojny koń, choć nie głupi. Chcesz ją poznac? - zaciągnąłem długi łyk kawy, okazało się, że moja Mocha jeszcze nie przyszła, zasmakowałem kawy Katherine. - Masz gust. - uznałem
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz