Siedzę i rozmyślam o przeszłości. Zadaje sobie tysięczny raz pytanie: Dlaczego Shevy mnie przemieniła? Dlaczego zostawiła parę mililitrów krwi we mnie, opanowała się i doprowadziła do mojego zmartwychwstania? Dlaczego uczyniła mnie tym kim teraz jestem? Wiem, miałem mnóstwo czasu by to rozwikłać, ale ona rozpłynęła się niczym kropla wody w oceanie.
Raczej kropla krwi w oceanie śmierci, tak.
Spojrzałem na fazę księżyca: pełnia. Jestem w lesie, pełnym wilków i wilkołaków, nie czuje strachu, ale dziwny zapach, który zawisł w powietrzu.
Rozglądam się dookoła, nie wiedzy niczego, ale żółte oczy, zza krzaków, które świdrują mnie spojrzeniami są nie do zniesienia.
Jedno zwierzę postanawia wyjść z ukrycia i wygonić mnie z tych terenów podczas pełni.
- Wynoś się. - szepcze melodyjny głos przez moje myśli
- Nie. - mówie głośno, tak by każde stworzenie na polanie mnie usłyszało - Nie zrobię wam krzywdy - dokańczam.
Biało-szara wilczyca podchodzi bliżej, ale dalej zachowuje dystans, w jej oczach tańczy nienawiść do wampirów. Do mnie. Z całych sił stara się zmienić w człowieka, w końcu udaje jej się.
Wysoka dziewczyna o jasnej karnacji i karmelowych włosach stoi w zasięgu mojego wzroku <jakieś 30 metrów przede mną>. Spogląda mi w oczy nieufnie.
Nie mija sekunda, a ja już stoję tuż przy niej. Jej ciało drży ze złości i namiastki strachu.
Patrzę wilkołakowi w postaci kobiety w oczy.
- Nie zrobię Ci krzywdy. - powtarzam spokojnie
Ta cofa się o krok. Zagryza wargę, najpawdopodobniej nie chce wybuchnąć. Po chwil czekoladowa wilczyca zmienia się w kobietę. Podchodzi bardziej zdecydowanym krokiem i mówi:
- Nie słyszałeś co powiedziała?! Wynoś się z tej polany. - mówi z naciskiem.
- Ami.... - zaczyna przywódczyni - Załatwię to.
- Victorio... - szepcze zdenerwowana
Ami odchodzi, ale bacznie obserwuje każdy mój ruch, mrugam do niej, a ta zmienia się ze złością w wilka.
Sparaliżowana strachem Victoria dalej przygląda mi się z obawą.
- Czego chcesz? - pyta
- Nie bój się, nie jestem potworem. - zapewniam
- Nie umiesz się opanować. - wytyka mi.
- Tak myślisz? - wskazuje podbródkiem Ami - Ona ma rozciętą łapę.
Ami szybko spojrzała na łapę i faktycznie ujrzała ranę z której sączyła się krew.
- Nie boisz się mnie. - mówię stanowczo do wilczycy - Podejdź. - rozkazuje
Rzuca mi w myślach litanie przekleństw.
Podchodzi do mnie. Dzieli nas parę centymetrów. Pochylam się i biorę jej łapę do swojej smukłej dłoni, podnoszę do nosa. Chwytam mocniej jej łapę i próbuje uleczyć ranę.
Po chwili po ranie ani śladu, a ja orientuję się, że nie zrobiłem jej krzywdy, chociaż gdy zbliżyła się już chciałem to zrobić. Powstrzymałem się. Uśmiechnąłem się triumfująco do Victori.
- Dalej tak uważasz? - pytam
Victorio? Nie zjem, obiecuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz