sobota, 21 czerwca 2014

Od Katherine

Bal wampirów- wielkie, oficjalne spotkanie nieśmiertelnych krwiopijców. A ja muszę na nim być.
-Będzie dobrze- zapewnia mnie Lindsay i poprawia mi kokardę na plecach.- Wyglądasz ślicznie, jak zawsze. Nie będą w stanie oderwać od ciebie oczu.
Przewracam oczami. Jakbym o tym nie wiedziała. Przecież nie tym się martwię. W rzeczywistości bale to nie moja specjalność. Nienawidzę ich. Wolę imprezy. Pełne zapachu potu, krwi i pożądania.
-Doskonale wiesz, że nie o to chodzi- warczę na przyjaciółkę.
-Oczywiście, że wiem. Znam cię, aż za dobrze.
To prawda. Ja i Lindsay poznałyśmy się dziesięć lat temu- na innym balu. Bale odbywają się właśnie, co dziesięć lat. Ja jestem przywódczynią dopiero od pięciu. Lin cały czas była przy mnie. Wspierała mnie. Sama jest biedna- nielubiana przez większość wampirów. Dlaczego? Lindsay nie zabija. Sama tego nie rozumiem. Wiele razy ją namawiałam, ale nic z tego. Stanowiłyśmy kontrast.
Mówi, żebym zobaczyła swoje odbicie. Uspokajam się i pozwalam jej poprowadzić się do lustra. Uśmiecham się, gdy siebie widzę. Wyglądam pięknie. Jestem ubrana w czerwoną suknię do ziemi, z kokardą z tyłu. Jest klasyczna, z XVIII wieku. Czarne włosy także wyglądają jak za czasów Mozarta. Ozdobione są czerwoną kokardą, podobną do tej, którą mam na plecach, tylko mniejszą.
-Bosko- mruczę z zadowoleniem i patrzę na nią. Jest ubrana dokładnie tak samo, lecz jej suknia jest zielona.
-Idziemy?- pyta z uciechą.
-Idziemy.


Wysiadamy z czarnej limuzyny. Mamy zamiar właśnie wejść do złotego budynku, gdy czuję okropny zapach. Ciemny kształt przysłania nam drogę.
Uśmiecham się mimowolnie i teatralnie się kłonię.
-Victorio.

Victoria?

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz