- Nie możesz przeboleć widoku tego domu? - zapytał I, gdy zawahałem się z wejściem do środka.
- Nie. - zaprzeczyłem i wszedłem do mieszkania pewniej - Nie mogę przeboleć, że kiedykolwiek zawarłem z tobą umowę. - prychnąłem, a on przewrócił oczami.
Zaraz po tym jak weszliśmy, do mieszkania wbiegłem Dawny Ja próbując ukryć przerażenie i rozpacz, które mieszając się ze sobą wytworzyły łzy, które spływały po ciemnej twarzy chłopca.
Miał na sobie brązową przemokniętą koszulkę, która mimo ciemnego odcienia odkrywała jego - moje - plecy, zalane krwią. Pobiegł prosto do swojego pokoju nie witając się z domownikami.
Zmartwiona matka, pobiegła za nim, już wcześniej przewidując jakieś nieszczęście.
- Jeffy, co się stało! - zawołała i weszła do jego pokoju bez pukania.
- Serio, Jeffy? - mruknął nieporuszony chwilą I
- Jako, że moje imię jest bardzo krótkie, a mama chciała je miłośnie uprościć nazywała mnie Jeffy. - wycedziłem przez zęby i udałem się do mojego pokoju na poddaszu.
Był niewielki i prawie wszystko w nim było drewniane. A więc Jeffy siedział na podłodze skulony, ale już nie łkał.
- Synu, co się stało? - powtórzyła przejęta mama odgarniając mu spocone czarne włosy odstające na wszystkie strony. Wstała i podeszła do niego od tyłu, zasłaniając dłonią usta wykrzywione w grymasie niedowierzania i smutku. - Wielkie nieba! - zakrzyknęła.
- Brakowało nam pieniędzy - wyburczał Dawny Ja. - A Josh był głodny. - dodał i przetarł ręką oczy. - Zadali mi 12 uderzeń, za kradzież dwunastu srebrników.
Mama zmarszczyła brwi i usiadła obok niego podwijając swoją suknie. Jak zwykle profesjonalna i opanowana.
- Jev, nie wolno nam kraść. - powiedziała, a i on i ja wiedzieliśmy, że zacznie się długa, ale jakże moralna przemowa - W ten sposób łamiemy przykazania boże, obietnice, zaufanie. Jev, nie można tak robić. Wiem, że jest ciężko po śmierci waszego ojca, ale musimy się postarać. Gdy dorośniesz będziesz żył lepiej, wolny od zmartwień, gwarantuje ci to, synku - pogłaskała go po głowie - Wszystko kiedyś się ułoży.
- Chciałem żeby wam było lżej, nie mnie. - odparł i przytulił się do niej chłonąc jej matczyne ciepło.
- Wiem, Jeffy, ale świat zarządził nam inny los.
Ta dawna scena odświeżyła się w moim sercu na nowo. Znów czułem bliskość mamy i słyszałem jej słowa. Jednak wszystko się skończyło tak szybko jak rozpoczęło.
- Chyba chciałeś pozaliczać wszystkie zagadnienia w szybszym tempie. - przypomniał I, pstrykając mi palcami przed nosem.
- Owszem. - odparłem starając się przybrać dyplomatyczny ton głosu, niemal taki jak moja matka. - Chodźmy przypomnieć sobie jak to fajnie było gdy Shevy przemieniła mnie w wampira. - mruknąłem z przekąsem.
- Szydzisz z niej, ale jest tutaj. - powiedział i wskazał palcem moje już dawno nie bijące serce.
- Zawsze będzie częścią mnie, w końcu to z jej krwi się zrodziłem. - odparłem wymijająco - Idziemy, czy rozprawiamy?
- Wedle życzenia. - mruknął i znaleźliśmy się w pracowni starego Verona.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz