- Wszystko dla ciebie i dla naszego dziecka - uklękłem i pocałowałem jej brzuch. Niewątpliwie i jej i dziecku się to spodobało. - Oczywiście wolałbym żebyśmy zamieszkali u mnie. - dodałem, a ona przewróciła oczami wiedząc doskonale, że musiałem to powiedzieć - Ale skoro jeszcze nie chcesz możemy poczekać. Zawsze będę na ciebie czekać - wstałem i wziąłem ją na ręce, delikatnie i ostrożnie mimo, że była twarda jak skała chciałem na nią uważać. Wydawała mi się taka krucha gdy tak leżała spokojnie w moich ramionach. Pani Freydez wychodząc zostawiła nam kartkę powieszoną na lodówce, informującą, że następnego dnia będzie nieobecna w pracy. Plus wyrazy przeprosin.
Położyłem Katherine w łóżku i zakazałem się jej ruszać. Oczywiście nie obyło się bez fuczenia i bombrania pod nosem. Zignorowałem to i poszedłem do kuchni i wyjąłem z lodówki woreczki z krwią, które zostały z wczoraj gdy spodziewaliśmy się szaleńczego napadu i żądzy krwi podczas gdy Katherine ją przespała spokojnie chrapiąc na moich kolanach.
Przelałem je do tych samych kubeczków po Coca Coli z napisem Coke by wyglądało to jakoś lepiej.
Wróciłem do pokoju i podałem jej kubeczek wkładając do niego słomkę.
- Pij, musisz być silna. - uśmiechnąłem się i usiadłem obok niej.
- Czy tylko mi przypomina to Bellę i Edwarda? - mruknęła przysuwając się bliżej
- W tej scenie gdy Edward podał jej kubek, a ona choć nie była wampirem zaczęła chłeptać krew niczym 'nowo narodzona'? - zaśmiałem się
- Taak. - zgodziła się i zachichotała tym swoim perlistym śmieszkiem.
- Kocham cię, Kathie. - przytuliłem ją ciesząc się, że ją mam.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz