poniedziałek, 4 maja 2015

Od Jev'a - CD historii Katherine

Widocznie ten sen był tylko i wyłącznie wytworem mej obszernej wyobraźni, kumulacją wszystkich zdarzeń z okresu około miesiąca. W końcu to ja zaatakowałem panią Freydez, więc raczej dla tego była ona ukazana we śnie.
Szybko jednak o nim zapomniałem gdy Katherine powiedziała, że to ona jest potworem. Nie była nim, tylko kiedyś chciała uchodzić za skałę - twardą i bezduszną. Nawet jeśli tak faktycznie miało być, każdy był potworem. Każdy człowiek i każdy wampir. Ludzie popełniali błędy, zaś wampiry morderstwa i błędy.
Po wyjściu Katherine zdrzemnąłem się na chwilkę by na imprezie powitalnej (oraz informacyjnej) nie zasnąć na stojąco. Przecież musiałem czuwać nad moim kochanym potworkiem. A tak właściwie to już dwoma.
Gdy wstałem wziąłem ponowny prysznic by zmyć z siebie niepewność i obawę. Pojechałem jeszcze do kilku sklepów, między innymi po to by kupić sobie nowy krawat. Co jak co, ale nie lubiłem wkładać oficjalnych ubrań tj. garnitur, ów wcześniej wspomniany krawat i tych niewygodnych butów.
W jednym ze sklepów spędziłem ponad trzy godziny z bardzo miłą i sympatyczną sprzedawczynią, która mimo tego, że tłumaczyła mi co jest czym i dlaczego kompletnie tego nie rozumiałem i musiała mi kilka razy powtarzać by coś dotarło do tego mojego wampirzego łba. W końcu jednak wymęczony tą pracą mózgu wyszedłem ze sklepu by następnie po przechadzać się uliczkami Londynu, patrząc na niego z perspektywy starego Jev'a.
Wampiry stały w drzwiach dokładnie punkt ósma. Elita oczywiście obradowała przy stole z przekąskami i alkoholem. A ja bacznie obserwowałem Katherine plus każdego kto tu wchodził.
Podczas gdy Thomas podszedł by mnie powitać, Kathie wykorzystując moją nagłą chwilę nieuwagi sięgnęła po kieliszek whiskey. Oczywiście zareagowałem od razu wyrywając jej napój i dając reprymendę. Nie posłuchała i sięgnęła po drugi, który wylałem na podłogę. Żachnęła się i dopiero gdy Christopher jej zakazał przestała się opierać. Widocznie zgrzmocił ją w myślach. Poczułem ukłucie zazdrości, że to on wiedział wcześniej o tym, że nosi moje dziecko, jednak szybko się go pozbyłem. Wiedziałem, że wszystko co robi, jest dla jej dobra.
Gdy wiadomość o ciąży została ogłoszona najpierw zaległa cisza, tak głośna jakiej w życiu nie słyszałem. Krzyki niedowierzania, szepty, ktoś zemdlał. Zaraz? Jak wampir mógł zemdleć? Widocznie mógł zaszokowany wiadomością, że przywódczyni ich klanu - bezwzględna i zadziorna - Katherine spodziewa się dziecka, i to ze mną. Z byle kim.
Jednak po chwili rozległy się wiwaty i wampiry ustawiły się w kolejce by nam pogratulować.
Oczywiście Pavlo, którego zawsze wszędzie było pełno, mimo, że nie mógł zostać ojcem chrzestnym chciał zostać chrzestną.
- Mogę, Jev? - poprosił gdy Katherine wybuchnęła radosnym śmiechem i spojrzała na niego z politowaniem.
- Jako, że nie mam rodziny i nie mam nikogo innego - zacząłem, a w jego oczach zapaliły się iskierki radości - kto mógłby zająć to miejsce, pomyślimy nad tym. - poklepałem go po ramieniu pocieszająco
- Nie masz? - usłyszałem cienki paniczny głosik dziewczyny stojącej za nami. Odwróciłem się i zobaczyłem Shevy, która stała przygarbiona zakrywając włosami zapłakaną bladą twarz.
- Wybaczcie. - mruknąłem przepraszająco do przywódców, ale tak właściwie było to skierowane do Katherine.  Wampiry posłały mi pełne zrozumienia spojrzenia jakby mówili: "Też kiedyś miałem dwie laski". Przysięgam, że nawet usłyszałem to w głowie, wypowiedziane przez Christophera. Tylko, że ja nie miałem dwóch. Tak myślę. Tak czy inaczej kochałem tylko jedną i Shevy musiała to wreszcie zrozumieć.
Oddaliliśmy się tak by nasza rozmowa była dość prywatna, choć nie miałem najmniejszych wątpliwości, że Katherine będzie podsłuchiwać.
- Jak mogłeś?! - wybuchnęła krzycząc w niebo głosy (na szczęście byliśmy sami, i to w ogrodzie) - Jak mogłeś mi to zrobić. - powtórzyła już łagodniejszym głosem, ale furia z jej twarzy nie znikła, a przyrzekłbym, że się zaogniła.
- A ty jak możesz? - zapytałem starając się mówić opanowanym głosem by jej nie prowokować.  - Nie możesz zrozumieć, że cię nie kocham?!
- Myślałam, że nadal dla ciebie coś znaczę! - mruknęła żałośnie i podeszła do mnie uderzając mnie w twarz.
- Nie dawałem ci żadnych oznak byś dalej tak myślała - skwitowałem i pomasowałem żuchwę. Chyba wyleciał mi jeden ząb.
- Jak nie?! Pozwoliłeś bym u ciebie mieszkała. - wytknęła mi - Na bitwie byliśmy...
- Przestań mi to wypominać! Tolerowałem cię bo sama wpychałaś się butami w mój próg. Żebym nie powiedział, że w moje łóżko! Na bitwie martwiłem się o ciebie, bo taki już jestem. Ale widzę, że to nie ma sensu, że najlepiej żeby mieć święty spokój trzeba mieć wszystkich w dupie! - tym razem do ja podniosłem głos o oktawę wyżej - Tak jak ty miałaś mnie gdzieś, przez 300 lat! - teraz to ja wytknąłem jej bolesną prawdę - Nie masz pojęcia ile to czasu! Ale wiesz co? Dzisiaj cieszę się, że mnie przemieniłaś i uciekłaś jak tchórz. Dzięki temu nie bylibyśmy razem przez tyle czasu znosząc się nawzajem! Znalazłem sobie miłość, nie rozumiesz? Kocham tylko i wyłącznie ją. I naszą córkę! - wiedziałem, że wykraczam poza wytyczone granice, ale ona musiała w końcu to zrozumieć.
Jej twarz złagodniła i zamiast wściekłości pojawił się grymas. Widocznie nie było jej gdy to ogłaszaliśmy, tylko przyszła w ostatniej chwili by mnie zaatakować. Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
- Córkę? - zapytała niedowierzająco kręcąc głową
- Tak. - odparłem dumnie - Więc przestań już. - zatoczyłem ogromny krąg wokół niej - ... tak się zachowywać.
- Nigdy cię nie kochałem, tylko i wyłącznie ludzkie wspomnienie ciebie - wyszeptałem na odchodnym, ale gdy się odwróciłem jej już nie było.
Jak to było w jej zwyczaju stchórzyła.
Nareszcie zakończyłem ten równie stary jak świat i bolesny rozdział w moim życiu - przeszłość.
By rozpocząć całkowicie nowy, wraz z moją nową rodziną - Katherine, jej przyjaciółmi i naszą córką.

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz