poniedziałek, 4 maja 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a

Thomas ustawił się w kolejce jako ostatni. Wyraźnie przez to chciał mi dać do zrozumienia, że najlepiej będzie nam porozmawiać na osobności. Uśmiechnęłam się do innych i wyszliśmy do ogrodu. Rozejrzałam się za Jev'em i za tą jędzą, lecz już ich nie było.
- Przez dwadzieścia lat zawsze mogłaś na mnie polegać. Byłem twoją prawą ręką, ty moją - spojrzał na mnie z wyrzutem. - Mogłaś mi powiedzieć wcześniej. Wiesz, że dochowałbym tajemnicy.
- Wiem, Thom, przepraszam - poklepałam go pocieszająco po ramieniu. - Jev dowiedział się dopiero wczoraj.
- A Chris wiedział już wcześniej? - to było niby pytanie, lecz czułam w jego głosie, że jest tego pewien.
- Wiesz, jak to jest z więzią - uśmiechnęłam się wymuszenie. - Nie da się niczego ukryć.
Trwało to chwilę, lecz wreszcie się uśmiechnął. Podszedł do mnie o krok i przygarnął mnie do swojej piersi. Uśmiechnęłam się, tym razem szeroko i odwzajemniłam uścisk, z równym zaangażowaniem. Ostatnio często się do kogoś przytulałam, lecz spodobało mi się to.
- Wiem, że minął dopiero miesiąc i normalny człowiek, by tego nie wiedział, lecz ty pewnie już wiesz. To będzie chłopiec czy dziewczynka?
- Dziewczynka - powiedziałam, odsuwając się od niego. - Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie mówić o dziecku, i to moim, i być szczęśliwa. Rozmawiałam ostatnio z Casprem. Uświadomił mi, że rodzina to wcale nie taka straszna rzecz.
- Wiesz, że ja i Pavlo zawsze byliśmy twoją rodziną - uśmiechnął się. - Teraz wrócił jeszcze Christopher. No, i masz Jev'a - następnie poklepał nie ostrożnie po brzuchu. - I niedługo będzie ona - zmarszczył nagle czoło. - Planujecie z Jev'em ślub?
Otworzyłam buzię szeroko. Wcześniej nawet o tym nie pomyślałam.
- Nie, raczej nie. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
Westchnął, jakby się zawiódł. Czyżby był, aż takim tradycjonalistą?
- No, cóż. Lepiej wróćmy do środka.
Nagle poczułam, że wcale nie powinnam wracać do środka. Coś, a raczej ktoś, przyzywało mnie.
- Za chwilę - odsunęłam się od niego i odeszłam w stronę ogrodu. - Idź już. Zaraz wrócę.

Mój ogród był piękny. Pani Freydez świetnie o niego dbała, choć to zwykle ja podlewałam kwiaty. Uwielbiałam ich zapach i dumny wygląd. Były tu wszędzie. Cóż, mój ogród był naprawdę wielki. Nawet większy od domu. Łatwo się było w nim zgubić. Na szczęście ja dokładnie znałam drogę.
Szłam przez mój żywopłotowy labirynt, gdy weszłam na małą polankę, po środku której stała okazała fontanna. Tak, to był mój, tak zwany, sektor róż. Róże kwitły tu wszędzie. Moje ulubione kwiaty. Tak piękne i tak niebezpieczne.
- Masz niezły tupet, by tutaj przychodzić - odezwałam się w mrok. - Z tego, co wiem, nie zostałaś zaproszona na przyjęcie.
- Nie trudno ukraść komuś zaproszenie - zza moich pleców dobiegł aksamitny, kobiecy głos. Odwróciłam się i spojrzałam na Shevy, stojącą zbyt dumnie, jak na osobę, która właśnie doznała porażki. Rozejrzała się. - Masz piękny ogród, Katherine. Trzeba ci to przyznać. Szkoda tylko, że twoje serce nie jest takie samo.
- Do czego zmierzasz? - zapytałam, splatając ręce na piersi. - Nie jesteś tu mile widziana. Moja rodzina cię nie akceptuje - powiedziałam "moja rodzina", jakby to była najsłodsza rzecz na świecie.
Dla Shevy bez wątpienia przesłodzona.
- Twoja rodzina? - zaśmiała się perliście. - Masz pewnie na myśli Jev'a i waszą nienarodzoną córeczkę? Nie boisz się, że w przyszłości cię znienawidzi? Albo lepiej: W ogóle nie będziesz jej znać. Jev może w końcu dojść do wniosku, że faktycznie jesteś złą wiedźmą i ucieknie już pierwszego dnia po narodzeniu dziecka. A jak myślisz, do kogo wtedy się zwróci?
- Masz stanowczo zbyt wielkie mniemanie o sobie - uśmiechnęłam się złowieszczo. - Podoba ci się mój ogród, tak? Te róże są najpiękniejszymi kwiatami, które w nim kwitną, prawda?
Zmarszczyła brwi, nie wiedząc do czego zmierzam.
- Ale wiąże się z nimi przykra historia - kontynuowałam. - Owe róże są przeklęte. Jeśli ukłujesz się ich kolcem, już nigdy nie zaznasz szczęścia. Ci, którzy się ukłuli, żyli samotni i nieszczęśliwi. Prędzej, czy później, popełniali samobójstwa.
- I niech zgadnę? - prychnęła. - Chcesz, mnie zmusić bym się ukłuła?
- Och, nie. Nie mogłabym tego zrobić.
- Za bardzo martwisz się, że cię znienawidzą? Sumienie przez ciebie przemawia? - położyła dłoń na piersi z udanym, teatralnym wzruszeniem. - Będziesz tego zbyt żałować, prawda? I pewnie żałujesz tych wszystkich innych rzeczy, które w przeszłości zrobiłaś. Pewnie miewasz koszmary, o swoich ofiarach. A teraz nagle postanowiłaś stać się kochającą matką. Tak delikatną kobietą, która niegdyś była potworem. Och. A może wciąż jest?
Myślała, że mnie złamie. Uśmiechnęłam się. Pchnęła pod złym kątem.
- Mylisz się, moja droga. A poza tym, nie dałaś mi dokończyć - pokiwałam palcem z naganą. - Nie zamierzam zmusić cię do ukłucia cię, ponieważ jeszcze nie skończyłam historii tych róż. A nie wiesz jeszcze, dlaczego są przeklęte. Ciekawi cię to?
Stała w bezruchu. Idealnie. Wprost idealnie.
- Czas, być i ty była przeklęta - machnęłam dłonią, a wokół niej pojawił się czerwony dym. Zdążyła tylko cicho pisnąć i zniknęła. - Nie masz racji. Ja niczego nie żałuję.
Odwróciłam się i odeszłam, śmiejąc się. A w mojej kolekcji, była nowa róża.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz